Powieść inna niż wszystkie – Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena – Lars Simon

In Aktualności, Literatura

14 listopada nakładem wydawnictwa INITIUM ukaże się powieść Larsa Simona zatytułowana „Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena” – lekka komedia będąca fenomenalną historią o magii oraz gadającym, wyjątkowo sarkastycznym mopsie w roli głównej.

Powieść zdecydowanie inna niż wszystkie, której absolutnie nie można przegapić! Pełna zabawnych tekstów, które mają szansę stać się kultowymi, a także zaskakujących zwrotów akcji. Gorąco zachęcam do zapoznania się z poniższym opisem powieści oraz z załączonym fragmentem książki.

W życiu odnoszącego sukcesy młodego konsultanta, Lennarta Malmkvista, zaczynają się dziać się dziwne rzeczy. Prześladuje go kataryniarz w czerwonym fraku i pogniecionym cylindrze, i to nie tylko za dnia, ale również w snach. Na jakiś czas traci mowę, co skutkuje natychmiastowym zwolnieniem z pracy, a wreszcie dziwaczny sąsiad, stary Buri Bolmen, zapisuje mu w spadku sklep z magicznymi przedmiotami i śmiesznymi gadżetami oraz humorzastego mopsa. Wszystko to jest dość dziwne, ale będzie jeszcze dziwniej. Podczas pewnej burzy mops Bölthorn zaczyna mówić – twierdzi, że Lennart jest wybranym. Musi zaakceptować swoje magiczne dziedzictwo i wyjaśnić, kto zamordował Buriego. Morderstwo? Magiczne dziedzictwo? Gadający pies? Lennart wyobraża już sobie siebie na sofie u terapeuty… Na koniec okazuje się jednak, że Bölthorn ma rację, i że chodzi o coś znacznie większego niż zwykła magia.

Lars Simon, urodzony w 1968 roku, po ukończeniu studiów przez wiele lat pracował w branży IT, a następnie – już w Szwecji, do której przeniósł się wraz z rodziną – jako rzemieślnik Obecnie mieszka i pisze ponownie w pobliżu Frankfurtu nad Menem. W swoim literackim dorobku ma trzytomową serię komediową („Tierkottrilogie”), świąteczną książkę „Gustafssons Jul”, a także serię fantastyczną o uczniu czarodzieja – Lennarcie Malmkviście i jego gadającym mopsie Bölthornie, której pierwszy tom „Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena” trafi do księgarń już tej jesieni. Lars Simon to pseudonim.

Fragment książki:

Nikt nie lubi być nazywany zakutą pałą, idiotą czy wręcz
złodziejem. Mats Wallin wziął głęboki oddech, poprawił okulary
na nosie i docisnął pedał gazu. Przy dłuższych trasach
w chłodne dni w jego volvo śmierdziało starymi trampkami.
Większość kolegów z hobbystycznego klubu archeologów
i historyków z Västra Götaland dawno się od niego odwróciła.
Kiedyś na zebraniu zarządu zarzucili mu „patologiczny
upór” i „kłótliwość”, gdy nie chciał ustąpić w pewnej
sprawie, w której oczywiście miał rację. Były to absurdalne
oskarżenia, ale naturalnie nie obchodziło to nikogo oprócz
Wallina.
Później pozbawiono go członkostwa, bo rzekomo szkodził
reputacji stowarzyszenia, choć przecież to on zainicjował
i zorganizował wykopaliska w pobliżu starego klasztoru
w Gudhem. Jak się potem okazało, było to najważniejsze
znalezisko w historii klubu.
Jakiekolwiek pojęcie, o co tak naprawdę chodzi, wydawał
się mieć tylko pewien dziwak z Göteborga, nowy członek,
który pojawił się w Gudhem wraz z synem dopiero w dniu,
kiedy Wallina wyrzucono z klubu. Podobnie jak Wallin nie
był badaczem, ale miał w sobie to, czego zawsze brakowało
innym członkom stowarzyszenia: pasję odkrywania natury
rzeczy.
Ale ten mężczyzna też nie był jego sojusznikiem. Istniał
tylko jeden człowiek, który zasługiwał na sławę, i nazywał się
on Mats Wallin. Tak więc Wallin postanowił zabrać znalezisko
z Gudhem (oczywiście, że to zrobił!) – inni nie zasługiwali
na ten przedmiot. To było dla niego rekompensatą za
hańbę wyrzucenia z klubu: teraz zabytek należał wyłącznie
do niego.
Często myślał, że wreszcie znalazł to, czego szukał.
Jednak z pozoru istotne wskazówki w końcu rozpuściły się
niczym kostki cukru w grzanym winie. Ale nie poddał się.
Nawet wtedy, gdy ta obsesja zmusiła go do porzucenia pracy
księgowego i przejścia na wcześniejszą emeryturę, co finansowo
niemal zrujnowało jego i żonę.
Ale koniec końców się to opłaciło. Gdy wiele lat temu na
aukcji w Norwegii nabył prastarą zwierzęcą skórę zapisaną
dziwnymi znakami i manuskrypt z odręcznie narysowaną
mapą, aż nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu. Przedmioty
niewątpliwie pochodziły z czasów, do których zapomnianych
korzeni od dawna chciał się dokopać. W dodatku te
historyczne znaleziska niemal nic go nie kosztowały, może
z wyjątkiem małżeństwa. Bardzo kochał swoją żonę, ale to,
co robił, kochał ponad wszystko. To była cena, którą musiał
zapłacić.
Całe lata zajęło mu rozszyfrowanie zakupionego na aukcji
rękopisu, nim pojął, co trzyma w rękach. A gdy w końcu

przetłumaczył całość i do pewnego stopnia zrozumiał znaczenie
mapy i zapisków na skórze, nagle obudził się w nim
jakiś niepokój, nienasycone pragnienie pewności, które pewnego
dnia doprowadziło go do wykopalisk w Gudhem.
Co było historią, a co legendą? Czy były w tym jakieś
czary? Mats Wallin chciał się tego dowiedzieć.
Historyczne ramy wydawały się zgadzać, ale czy to rzeczywiście
była prawda? Dusza króla Olafa I Tryggvasona,
zwanego też Wronią Kością, uwięziona w amulecie przełamanym
na dwie części, które następnie zakopano daleko od
siebie? I moc Wroniej Kości zaklęta w magicznych wersach
gęsto pokrywających pergamin sporządzony ze skóry czarnego
wilka i rozcięty na cztery części, które po wieczność
strzeżone mają być przez czterech nadprzyrodzonych strażników?
Cztery Mroczne Pergaminy… tak napisano w rękopisie.
A może to wszystko było tylko bajką, kolejną nordycką
sagą? Nie, za nic! Kryło się za tym coś więcej, Wallin miał
już całkowitą pewność. Taki wysiłek byli gotowi podjąć tylko
ci, którzy chcieli się upewnić, że prawda na zawsze pozostanie
ukryta.
Słońce, jakby wsłuchane w jego myśli i wyczekujące
jedynie odpowiedniej chwili na efektowny występ, właśnie
w tym momencie wzniosło się nad horyzont i jego światło
przebiło się przez chmury. Bezlistne drzewa i wiecznie zielone
jodły przesuwały się za oknami samochodu, zmieniając się
w rozmytą smugę przygasłych kolorów, które Wallin ledwo
zauważał – słyszał tylko monotonny dźwięk silnika. I bicie
własnego serca.

Już jakiś czas temu zwrócił uwagę na jaskinię na wschodnim
wybrzeżu, w pobliżu Skaftet. Wbrew wszelkim oporom
rodziny kupił tam sobie z odprawy mały domek letniskowy.
Jaskinia znajdowała się w tym samym miejscu, które opisano
w rękopisie i wskazano na mapie, na skalistym wzgórzu,
w lesie niedaleko Äskestock. Wallin podejrzewał, że znajdzie
tam drugą połowę amuletu, pasującą do tej z Gudhem. Znów
złoży przynależne do siebie części.
Jeśli jego przypuszczenia były słuszne, mógł stać się nie
tylko sławny, ale może nawet bogaty. Ale co jeszcze ważniejsze,
każdemu, kto uważał go za szaleńca, będzie mógł
pokazać, kto tu tak naprawdę jest wariatem. Jego spojrzenie
padło na chwilę na połówkę amuletu leżącą na półeczce przy
dźwigni zmiany biegów. Kawałek kamienia nie większy niż
dłoń dziecka i pokryty znakami. Dotknął go, ale natychmiast
cofnął rękę. Kamień był bardzo ciepły, prawie gorący. Wallin
na moment przytrzymał kierownicę kolanami, zapalił papierosa,
wydmuchnął dym przez okno, a następnie uśmiechnął
się zadowolony. Od zawsze wiedział, że magia istnieje.
Przed następnym skrzyżowaniem wyrzucił przez okno
wypalonego do połowy papierosa i zwolnił. Samochód toczył
się jeszcze chwilę, a potem zatrzymał się na poboczu. Silnik
rozklekotanego volvo wydawał dziwne odgłosy; wilgoć niespecjalnie
mu służyła. Wallin wytarł zaparowane okulary
w rogowej oprawie, założył je ponownie, kciukiem poprawił
na nosie, przeczesał ręką rzadkie włosy i zapalił kolejnego papierosa.
Strzałka na niebieskim znaku drogowym przed nim
wskazywała w prawo. Widniał na nim napis „Skaftet 21”.

Zostało dwadzieścia jeden kilometrów. Stamtąd do lasów
wokół Äskestock i do jaskini będzie tylko dziesięć minut
drogi. Spojrzał na siedzenie pasażera, gdzie rozłożył kilkusetletnią
mapę, i niemal czule pogłaskał palcami jej nierówną
powierzchnię. Nie zabrał ze sobą pergaminu i rękopisu.
Dobrze je ukrył przed ciekawskimi i magicznymi spojrzeniami
– bo kto mógł wiedzieć, co by wyzwolił, gdyby to zaklęcie
rzeczywiście zadziałało? Mats Wallin wciągnął głęboko
powietrze, radośnie uderzył obiema rękami w kierownicę,
wrzucił bieg i skręcił w boczną drogę.
Śmiał się jak szalony. Dziś zmieni świat.
Niestety nie miał pojęcia, jak bardzo miał rację.
W przeciwnym razie zapewne by zawrócił.

Prawie trzydzieści lat później…
Padało tak mocno, że krople deszczu aż bębniły o szyby.
Lennart przetoczył się po łóżku w stronę budzika i zmrużył
oczy. Wpół do jedenastej. Musiała wyjść parę godzin temu.
Uniósł się z trudem i usiadł na krawędzi łóżka. Ostatniej
nocy było miło, ale wypił też trochę za dużo wina i za mało
spał. A Emma pogrążona była w jakiejś melancholii, smutku,
który z każdym kieliszkiem stawał się coraz bardziej widoczny.
Z nim było na odwrót.
W ustach miał nieprzyjemny posmak, a język przyklejał
się do podniebienia jak nasączony wodą gips. Zwykle
by poczuć się lepiej w takich przypadkach, wystarczało
proste porównanie kiepskiego stanu rankiem z uczuciem
uniesienia poprzedniego wieczoru. Jeśli to ostatnie przeważało,
to było warto. Z tym mętlikiem w głowie Lennart
wstał z łóżka, dotarł jakoś do żaluzji i spuchniętymi
oczami spojrzał przez listwy. Szybko doszedł do wniosku,
że wczorajszy wieczór był na tyle miły, by wytrzymać
pulsujący ból w czole, ale też że trudno o bardziej beznadziejną
pogodę na wolną sobotę, dzień, który właściwie

przeznaczał na to, by zrobić zakupy, a następnie usiąść
w ulubionej kawiarni i poczytać gazetę.
Spojrzał w dół na Västra Hamngatan i ponad niemal
pozbawione konturów fronty domów, które przy pięknej pogodzie
wyglądały tak majestatycznie i szlachetnie i ciągnęły
się aż do samego kanału. Dziś jednak nie było widać nic z ich
wzniosłości. Panował smutek. Tramwaj przedzierał się przez
kurtynę deszczu. Lennart wysunął palce spomiędzy listew
i szpara się zamknęła. Gazeta mogła poczekać, kawy mógł
się napić w domu. Nagle nabrał ochoty na prysznic, a potem
chrupkie pieczywo z marynowanym śledziem i sok pomarańczowy.
Śniadanie na kaca, jakiego nie zaoferowałaby mu nawet
jego ulubiona kawiarenka.
W korytarzu za drzwiami sypialni leżała jedna z czarnych
pończoch Emmy. Musiała jej nie zauważyć. Lennart
uśmiechnął się przelotnie na myśl o uwodzicielskim wyglądzie
siateczki na wysportowanych białych nogach. Po skrzypiącej
podłodze ruszył w kierunku kuchni, gdzie włączył
radio i nastawił kawę. Potem zniknął w łazience. Wyszedł
z niej dobry kwadrans później, ogolony, wykąpany i ubrany
w szlafrok. Sięgnął po komórkę. Nowa wiadomość.
Cześć, Lennart.
Chciałam tylko, żebyś wiedział, że wczoraj było
bardzo miło. Wszystko było miłe. I bardzo chciałabym
się wkrótce znów z tobą spotkać. Zadzwoń do mnie,
dobrze? Trzymaj się i do zobaczenia niedługo.
Ściskam, Emma

Lennart przewrócił oczami. „Wiedziałem, że tak będzie”,
mruknął do siebie i z rezygnacją potrząsnął głową. „Biedna
Emma. Będę musiał jej powiedzieć”. Nacisnął „usuń”.
Chwilę później siedział przy kuchennym stole, przed
nim stała filiżanka kawy, szklanka soku pomarańczowego
i talerz, na którym leżał chrupki chleb z nieprzyzwoicie wielkim
śledziem w śmietanie. Radio w tle grało jakieś przeboje.
Ręka Lennarta swędziała i piekła. Małe, czerwone krostki
ciągnęły się od nadgarstka aż do łokcia.
Zawsze było tak samo. I zawsze tak się działo, gdy tylko
pomyślał o zaangażowaniu się w coś więcej niż jedynie
przelotny romans czy przygoda. Dobrze by zrobił, kończąc
sprawę z Emmą, zanim będzie za późno, a on znów będzie
wyglądał jak ciasto z kruszonką, od którego wszyscy będą się
z niesmakiem odwracać (albo dla odmiany będą się na niego
gapić). Wyglądało to na jakąś niedorzeczną klątwę, jakąś
alergię na związki. Ugryzł chleb ze śledziem, z przyjemnością
powoli go przeżuł i popił dużym łykiem soku.
Po śniadaniu ubrał się i z parasolem w ręce wyszedł na
chwilę z mieszkania. Przystanął, uśmiechając się pod nosem.
Zapach ziół i czosnku dochodzący z dołu wypełniał całą
klatkę schodową.
Dla Lennarta ten zapach nierozerwalnie łączył się
z tym budynkiem i teraz z każdym krokiem stawał się coraz
intensywniejszy. Nagle, akurat gdy dotarł do następnego
półpiętra, po prawej stronie gwałtownie otworzyły się drzwi
mieszkania. Należało ono do Marii Calvino. Prawdopodobnie
po raz kolejny dała upust swemu talentowi do przygoto13
wywania nieproporcjonalnie wielkich ilości włoskich przysmaków
i wyczarowała menu, które wystarczyłoby dla całej
drużyny piłkarskiej. A przy tym mieszkała sama, tak jak
Lennart. Od czasu do czasu zapraszała starsze małżeństwo
z naprzeciwka, często gotowała dla jakichś instytucji charytatywnych
i dla potrzebujących, ale Lennart uważał, że
większość z tych potraw musiała kończyć albo w zamrażarce,
albo na śmietniku, bo w żaden inny sposób nie potrafił
sobie wyjaśnić, co mogłoby się dziać z pozostałościami po
tak ogromnych ilościach jedzenia. Ale istniał jeszcze jeden
stały odbiorca korzystający z jej umiejętności kulinarnych.
– Buongiorno, caro mio – przywitała Lennarta Maria
Calvino. – Dzień dobry, mój drogi. Co za zbieg okoliczności.
Idziesz na dół? Poczekaj chwilę. Mam coś dla Buriego. –
Rozpromieniona spojrzała na niego ciemnobrązowymi oczami
i wytarła ręce w kolorowy fartuch.
– Cóż, tak właściwie to nie chciałem… – zaczął Lennart,
ale sąsiadka już zniknęła. Musiała mieć jakiś nadprzyrodzony
dar, bo dom nie był szczególnie akustyczny,
a schody nawet nie zaskrzypiały. Lennart, czekając,
wyjrzał przez duże okno na klatce schodowej; zacinający
deszcz uderzał o szybę. Kropelki łączyły się w strużki
i spływały w dół, jakby im się spieszyło, by schować się
przed złą pogodą. Gdzieś z głębi mieszkania Marii słychać
było pomruk kuchennego okapu splatający się ze stłumionymi
dźwiękami włoskiej opery. Z kuchni dobiegło jakieś
stukanie, potem Maria Calvino na krótko – ale za to z wielkim
zapałem – dołączyła do arii (Lennartowi wydawało

się, że rozpoznaje Traviatę) i wreszcie wróciła z talerzem
owiniętym w folię aluminiową.
– Saltimbocca alla romana, ziemniaki z rozmarynem
i zapiekane pomidory z parmezanem. Zaniesiesz mu tę porcję?
Proszę. Grazie, caro.
– Tak zrobię – odparł Lennart. Twarz Marii niemal płonęła
pod gęstymi czarnymi włosami przetykanymi pojedynczymi
pasemkami siwizny.
– Kiedy będziesz wracał, weź, proszę, też coś dla siebie.
Mam tego mnóstwo.
– Tak myślałem – powiedział Lennart. – Zajrzę później.
– Bene. No to do zobaczenia. Muszę wracać do środka,
bo spali mi się lasagne na imprezę dla przedszkolaków
w Bäckedalen. Ciao, ciao.
– Hej då. Na razie – rzucił Lennart już do zamkniętych
drzwi. Odczekał chwilę z niedowierzaniem, potem pokręcił
głową i zszedł na dół z talerzem i parasolem w rękach. Kiedy
rozmawiało się z Marią (choć zwykle to ona mówiła), można
było odnieść wrażenie, że gra się w filmie odtwarzanym
półtora raza szybciej niż normalnie. Wszystko robiła szybciej
niż inni i nie wydawało się przy tym, jakby się dokądś spieszyła,
lecz raczej jakby miała jakiś wewnętrzny zegar, który
odmierzał o dwie godziny mniej. Ponieważ Maria w ciągu
dnia miała do zrobienia tyle samo, co reszta ludzi – a zapewne
nawet więcej – musiała na przestrzeni lat wyćwiczyć coś
w rodzaju rutynowego pośpiechu. Można było zakładać, że
nawet spała szybciej niż inni, aby nadrobić stracony czas. Nie
dało się nadążyć za potokiem słów płynącym z jej ust, była

niczym werbalny koliber, tyle tylko, że znacznie bardziej korpulentna.
Lennart zszedł na dół i wyjrzał na zewnątrz przez szybę
w drzwiach. Nocą, gdy na ulicę padało światło z klatki schodowej,
zamieniała się ona w żarzące się oko. Odetchnął głośno.
Szwedzka jesień nie pozwalała, by jakiś przypadkowo przepuszczony
promień słońca zaszkodził jej ciężko wywalczonej reputacji,
i pokazywała się od swej najgorszej strony. Lennart otworzył
drzwi i zręcznie przytrzymał je stopą. W twarz uderzyło go
zimne, wilgotne powietrze. Szybko rozłożył parasol, ale nie na
wiele się to zdało. Do sklepu Buriego było tylko dziesięć metrów.
Na szczęście Lennart nie musiał przechodzić na drugą stronę
ulicy i mógł tam dotrzeć, trzymając się blisko ściany domu. Ale
gdy ramieniem popychał drzwi do sklepu, nogawki jego spodni
i tak pokrywały ciemne, mokre plamy. Rozległ się demoniczny
chichot, który brzmiał jak śmiech jakiejś żałosnej czarownicy
z poważnymi problemami psychicznymi. Buri Bolmen wyjaśnił
mu kiedyś z dumą, że to amerykański halloweenowy dzwonek
na baterie. Cieszył się jak dzieciak za każdym razem, gdy ktoś
nowy otwierał drzwi i aż podskakiwał ze strachu.
– Co za wstrętna pogoda! – jęknął Lennart, zamknął za
sobą drzwi (czarownica zachichotała raz jeszcze) i umieścił
złożony parasol w stojaku z kutego żelaza zdobionym czaszkami
i gębami jakichś demonów. Obok stał regał z podniszczonych
okrętowych desek, a na nim cała masa najróżniejszych
kryształowych kul.
Lennart przeczesał wilgotne włosy i rozejrzał się za właścicielem
sklepu; nikogo nie dostrzegł. W Bolmens Skämt- &

Förtrollningsgrotta – Grocie Śmiechu i Czarów Bolmena –
było pusto, co zresztą często się zdarzało. Nie po raz pierwszy
Lennart zadał sobie pytanie, z czego utrzymuje się stary
Bolmen. Mieszkania w tej dzielnicy uchodziły za jedne z najbardziej
pożądanych w całym mieście, ta ulica zaś, Västra
Hamngatan, należała do najdroższych w tym i tak absurdalnie
drogim zakątku Göteborga. Lennart nie miał pojęcia, jaki
czynsz płaci Buri Bolmen, ale potrafił to sobie wyobrazić, bo
wiedział, ile sam musi płacić za swoje cztery pokoje na drugim
piętrze. Sklep miał doskonałą lokalizację w prestiżowej
i wspaniale odrestaurowanej dziewiętnastowiecznej kamienicy.
Sam Bolmen zajmował maleńkie mieszkanko, do którego
przechodziło się z warsztatu na tyłach sklepu. Niemniej
cały lokal był z pewnością dwukrotnie większy od mieszkania
Lennarta, a więc ponaddwukrotnie droższy. Można było
tu sobie wyobrazić oddział banku, restaurację wyróżnioną
gwiazdką, sklep z antykami czy galerię, której klienci płaciliby
pięćset tysięcy koron za obraz przedstawiający mały
niebieski kwadrat. Ale na pewno nie sklepik z magicznymi
przedmiotami i śmiesznymi gadżetami, który oferował tylko
bibeloty i kicz!
– Panie Bolmen? – odezwał się w półmroku Lennart.
Usłyszał dobiegające z głębi sklepu skrobanie, mlaśnięcie,
rzężenie i cichą muzykę, jazz albo swing. Ktoś otworzył szufladę.
A może to nie była szuflada, tylko drzwi? – Panie Bolmen?
– powtórzył trochę głośniej, lekko zdenerwowany. Nic
się nie poruszyło. – Jest pan tu? Mam dla pana obiad. Od
pani Calvino.

Wciąż cisza.
Lennart szukał jakichś oznak życia, ale niczego nie dostrzegał,
bo lokal był po prostu za bardzo zagracony. Jedynie
wystawki w dziesięciu witrynach narożnego sklepu, ustawione
w dwumetrowych oknach zwieńczonych łukami, zachowywały
jakieś minimalne pozory porządku. Resztę przestrzeni z towarem
wypełniało mnóstwo gratów i rupieci. Regały z setkami,
a może nawet tysiącami małych przedmiotów zamieniały sklep
w prawdziwy labirynt. Wisiorki z runami i lecznicze kamienie
leżące obok wampirzych kłów i dekoracji ze sztucznych kwiatów;
magiczne różdżki i zaczarowane zwierciadła obok plastikowych
noży i pokrytych sztuczną krwią siekier, które można sobie nałożyć
na głowę, żeby kogoś przestraszyć. Skrzynie z (przypuszczalnie)
podwójnym dnem i tajemnymi skrytkami obok piłek
żonglerskich i kart do tarota, fiolki na magiczne eliksiry obok
dzbanów i kubków wyglądających tak, jakby były pełne wody,
ale z których woda nigdy nie płynęła, prastare (albo postarzane)
cylindry obok masek trolli (pewnie masowa produkcja z Chin).
Z sufitu zwisały plastikowe nietoperze, latające miotły, smoki,
modele statków powietrznych nasuwające skojarzenia z projektami
pijanego Juliusza Verne’a oraz olbrzymi, powgniatany mosiężny
teleskop. Ściany obwieszone były plakatami z wszelkiego
rodzaju dziwacznymi istotami. Dalej wisiały obrazy olejne,
głównie z motywami z mitologii skandynawskiej, ale na niektórych
widniały blade piękności o świetlistych obliczach, spowite
w zwiewne tkaniny.
A to był tylko niewielki fragment przestrzeni, jaki Lennart
widział, stojąc przy drzwiach. Niektóre rzeczy były sta18
re, inne nowe, część z nich może miała jakąś wartość, ale
większość stanowiły tanie śmieci – był co do tego absolutnie
przekonany. Wszystkie te małe i duże artykuły łączyły jednak
dwie rzeczy.
Po pierwsze, pochłaniały one i tak słabe światło wpadające
przez sklepowe okna; im dalej w głąb pomieszczenia,
tym było ciemniej, jakby gdzieś tam na tyłach zapadł już
zmierzch. Nie mogły tego zmienić nawet trzy żyrandole
z czerwonymi, migoczącymi żarówkami w kształcie świec,
które ledwo oświetlały tapetę w ciemnozielone pasy; wśród
roztańczonych cieni tu i ówdzie dawało się dostrzec fragmenty
tęczy z rozszczepiających światło kryształów.
Po drugie, panował tu bardzo specyficzny zapach. Lennart
nie potrafił dokładnie powiedzieć, co przypomina mu ta
woń. Była jak połączenie jarmarku, piwnicy i strychu, choć
w sumie sam nie umiałby opisać, jak pachnie strych.
Nagle jego nogi dotknęło coś ciepłego i włochatego. Towarzyszyło
temu gulgotanie, które brzmiało tak, jakby gęsty
szlam próbował się przecisnąć przez zapchany odpływ wanny.
Wystraszony uskoczył na bok i spojrzał w dół na czarno-
-białą szachownicę kafelków.
– Rany, Bölthorn, ty grubasie! – wyrwało mu się. – Przestań
wreszcie się tak skradać. A swoją drogą ciekawe, jak ci
się udaje tak cicho poruszać przy takiej wadze i charczeniu.
Pies u stóp Lennarta spojrzał na niego. Przenikliwie. Nie
wykazywał najmniejszych oznak radości z tego spotkania.
Żadnego sapania ani merdania ogonem. I z pewnością nie
wynikało to z tego, że przy tak krótkim ogonku nie sprawiało

mu to żadnej przyjemności. Po prostu Lennart niespecjalnie
go obchodził; zresztą Lennart miał do psa podobny stosunek.
To był brak zainteresowania i sympatii od pierwszego wejrzenia.
Spontanicznie i bez wyraźnego powodu. Coś takiego
zdarza się między ludźmi, więc niby czemu nie między człowiekiem
a mopsem?
Zresztą pewnie i tak nie był rasowym mopsem, choć
Buri Bolmen niezmiennie i z dumą tak twierdził. Lennart
nigdy nie protestował. Istota ta, trzeba przyznać, przypominała
mopsa, niemniej do jej powstania musiały się przyczynić
co najmniej jeszcze dwie rasy albo i więcej. (Być może miały
w tym udział nawet inne psokształtne, na przykład szopowate
albo morsy. To by było jak najbardziej do pomyślenia!)
Kształtem i rozmiarem Bölthorn ogólnie pasował do
klasycznego mopsa. Ale ten pies wyglądał tak, jakby zjadł
jamnika szorstkowłosego i w ten sposób przejął nie tylko jego
wagę, ale do tego jeszcze się z nim zmieszał. Jego sierść była
dłuższa niż u zwykłego mopsa i przypominała pędzel do
golenia. Uszy były za duże i wyglądały jak mokre szmatki,
a charakterystyczny ogonek był mniej zawinięty, niż być powinien,
zupełnie jakby odpowiedzialny za to gen podczas podziału
komórki doszedł do wniosku, że nie warto się wysilać.
Bölthorn gapił się na Lennarta, a ten byłby gotów przysiąc,
że wielkie, wybałuszone ślepia mopsa na ułamek sekundy
rozbłysły.
– Bądź dla niego miły – usłyszał Lennart za plecami
i odwrócił się.
– Panie Bolmen, wielkie nieba! Nieźle mnie pan nastraszył.

– Och, wcale tego nie chciałem. Przepraszam, ale byłem
na tyłach w warsztacie i cię nie usłyszałem. Czy to od Marii?
– Wskazał palcem przypominającym sękatą gałąź na talerz
w rękach Lennarta.
– Tak. Mięso z warzywami.
– Pyszności. Dziękuję. – Buri Bolmen jedną ręką odebrał
jedzenie od Lennarta, drugą zaś przygładził długą, białą brodę,
dzięki której wyglądał trochę jak profesor Dumbledore.
Co dziwne, od samego początku jakoś tak wyszło, że
Lennart zwracał się do Bolmena per pan, a ten z kolei mówił
do niego per ty, mimo że Lennart od dawna już nie był
żółtodziobem. Buri Bolmen o tym wiedział, Lennart o tym
wiedział, ale tego nie zmienili. Kiedy Lennart go widywał,
zawsze czuł się trochę tak, jakby spotykał po latach starego
nauczyciela, do którego w szkolnych czasach miał olbrzymi
szacunek. Ale było w tym coś więcej niż respekt; Buri Bolmen
miał dla niego coś z dziadka.
– Myślę, że pani Calvino się w panu zakochała – stwierdził
Lennart.
Buri Bolmen skinął głową.
– Wiem.
– Wie pan o tym?
– Jestem stary, ale nie ślepy.
– To dlaczego się państwo nie spotkają i nie zrobią czegoś
razem? Czemu nie wybierzecie się choćby na wspólny
spacer albo do muzeum? A może pozwoli jej pan dla siebie
gotować w swoim mieszkaniu? To miałoby dla mnie również
tę zaletę, że wreszcie odważyłaby się sama przynosić panu

jedzenie, a ja nie musiałbym ciągle grać roli dostawcy. To
znaczy w sumie chętnie to robię, ale oboje państwo jesteście
samotni, jesteście już starszymi ludźmi i…
– Myślisz, że nie zostało mi już wiele czasu? – Bolmen
uśmiechnął się szelmowsko, co można było poznać po tym,
że rząd jego jasnych zębów pojawił się w gęstwinie biało-szarej
brody, a oczy zabłysły jeszcze bardziej niż zwykle. – Może
masz i rację.
Bölthorn kłapnął zębami, na próżno próbując złapać
przelatującą muchę.
– Nie o to mi chodziło. – Lennart próbował jakoś wybrnąć
i przestał zwracać uwagę na otyłego psa, który dalej usiłował
schwytać latającą proteinową przekąskę. – Po prostu uważam, że
mieszkacie tak blisko siebie i w sumie byłoby szkoda.
– Wszystko ma jakiś powód, mój drogi Lennarcie – odparł
spokojnie Bolmen i z zakłopotaniem przygładził brodę.
– A cóż to mógłby być za powód, żeby mężczyzna i kobieta
w państwa sytuacji nie mogli przynajmniej spróbować?
– A jak to jest z tobą? Dlaczego ty nie masz żadnej przyjaciółki?
– Bolmen niespodziewanie zmienił temat.
– O co panu chodzi? – zdziwił się Lennart.
– No choćby o tę piękną, bladą brunetkę. Co z nią?
– Emma? Ale… ale skąd pan o niej wie?
– Widziałem was. I widziałem, jak na nią patrzysz. Zrobiła
na mnie ciekawe wrażenie.
– Widział nas pan? – dopytywał Lennart. – Gdzie i kiedy?
– No to jest twoją przyjaciółką czy nie? – Bolmen świadomie
zignorował pytania Lennarta i przekrzywił głowę, tak

że włosy opadły na jego wąskie ramiona. Delikatną głowę
zdawał się podtrzymywać jedynie ciemnoniebieski, ozdobiony
złotymi gwiazdkami kołnierz satynowej koszuli.
Lennart zawahał się pod bacznym spojrzeniem rozmówcy.
– Nie – odparł w końcu i wyprostował się.
– Szkoda. Jestem pewien, że jest bardzo miła. A czemu
nie? – nie ustępował Bolmen.
W tym momencie Lennart zaczął się zastanawiać, co
właściwie tutaj robi. Pozwalał się przesłuchiwać ekscentrycznemu
sąsiadowi, który najwyraźniej go szpiegował, a potem
jeszcze wypytywał o sprawy miłosne.
– A czy to ważne? – rzucił opryskliwie. – Myślę, że nic
z tego nie będzie. Takie przeczucie. I tyle.
– Och, oczywiście, masz całkowitą rację. – Bolmen znów
się uśmiechnął. Podniósł lewą rękę, jakby chciał go uspokoić.
– To przecież nie moja sprawa, chciałem ci tylko pokazać,
że wszyscy mamy swoje powody. Ja mam mój, a ty masz swój,
ale być może te powody są do siebie bardziej podobne, niż
myślisz.
– Nie sądzę – powiedział Lennart. Sięgnął po parasol
i wskazał na drzwi. Blademu światłu za oknami jakoś się
udało choć trochę nadszarpnąć reputację późnej szwedzkiej
jesieni. – Muszę już iść, chcę jeszcze zrobić zakupy. Na
szczęście przestało padać. Hej då, panie Bolmen.
– Hej då, Lennart. I przestań drapać się po ręce. To nic
nie daje, tylko ci się od tego pogorszy.
Elektryczna czarownica z importu zachichotała dwa
razy na pożegnanie.

We mgle późnego poranka naprzeciw sklepu Bolmena
stał jakiś mężczyzna i kręcił korbą katarynki. Wcześniej,
w drodze do Buriego, Lennart nie zwrócił na niego uwagi.
Dźwięki żałosnej melodii mieszały się z odgłosami ulicy.
Prawdopodobnie głównym źródłem dochodu tego człowieka
była litość. Ale dzisiaj nawet to nie działało, bo nieliczni
przechodnie, którzy odważyli się wyjść z domu mimo ciemnych
deszczowych chmur, w ogóle nie zauważali staruszka
w czerwonym fraku, zupełnie jakby był powietrzem. A przecież
był tam, po drugiej stronie ulicy; uśmiechnął się do
Lennarta i uniósł pognieciony cylinder. Jego ruchy, widziane
w przerwach między przejeżdżającymi samochodami, zdawały
się zacinać jak w niemych filmach. Cały jego dziwny
wygląd sprawiał wrażenie, jakby pochodził z innych czasów,
podobnie zresztą jak muzyka z katarynki.
Lennart skinął mu krótko głową. Nagle przed nim pojawił
się policyjny radiowóz, włączył niebieskie światła i przyspieszył.
Lennart obserwował samochód pędzący drogą w kierunku
dworca kolejowego, póki nie zniknął mu z oczu wraz
z szarpiącym nerwy wyciem syreny. A potem go zamurowało.

Z niedowierzaniem patrzył na drugą stronę Västra Hamngatan
i rozglądał się wokół. Przebrany staruszek z katarynką
zniknął, jakby pochłonęła go ziemia. Albo jakby Lennart tylko
go sobie wyśnił. Rozproszone promienie swawolnego listopadowego
słońca odbijały się w kałużach na asfalcie, woda
kapała z nieszczelnej rynny w rytmie przyspieszonego pulsu.
Lennart wsunął ręce do kieszeni spodni i w zamyśleniu skręcił
w Drottninggatan.
Ten poranek wydawał się jakiś dziwny.
Mniej więcej w połowie tej wąskiej uliczki, gdzie tylko
z rzadka można się było natknąć na jakieś pojazdy, a za to nie
brakowało sklepów, restauracji i kawiarni, przystanął przed
Svenssons Konditori, cukiernią, która oprócz przepysznych
bułeczek z cynamonem, słodyczy i najróżniejszych wypieków,
oferowała również papierosy, napoje i duży wybór gazet.
Drukowane gazety były anachronizmem, który Lennartowi
się podobał, więc się tego trzymał. O tak, uważał, że to
nawet szykowne: zamiast jak większość ludzi gapić się w tablet
czy telefon komórkowy i mazać po nim palcem, siedzieć
sobie z wielkoformatową gazetą i z szelestem przewracać
strony, które później się przydadzą, żeby rozpalić ogień w kominku
albo wyłożyć dno klatki z ptakami (przynajmniej teoretycznie,
bo Lennart nie miał kominka ani żadnych zwierząt).
Stanął przed obrotowym stojakiem i przesuwał palcami
po najnowszych wydaniach.
W końcu zdecydował się na „Göteborgs Spegeln”, wsunął
gazetę pod ramię i wszedł do lokalu. Choć w tej chwili nie
miał jeszcze apetytu, kupił sobie na później świeżutką cyna25
monową bułeczkę (zapach był zbyt uwodzicielski), zapłacił
i ruszył z powrotem do domu.
Na Västra Hamngatan przyłapał się na tym, że znów
ukradkiem rozgląda się za kataryniarzem. Wszedł na klatkę
schodową i na pierwszym piętrze zgodnie z obietnicą zadzwonił
do drzwi Marii Calvino, by odebrać od niej jedzenie. Tak jak się
spodziewał, najpierw go wypytała, czy zaniósł obiad Buriemu
Bolmenowi i czy Buri się z tego ucieszył, a następnie w zdobionych
plastikowymi kwiatami pantoflach pospieszyła do kuchni,
gdzie Adriano Celentano i wciąż pomrukujący okap starali się,
jak mogli. Wróciła chwilę później i wcisnęła Lennartowi w ręce
dwa przykryte folią aluminiową talerze. Mrugnęła do niego
przyjaźnie, ale wyraźnie dała mu do zrozumienia, że niestety
nie ma więcej czasu na pogaduszki – zupełnie jakby to on prosił
się o to jedzenie. Bach! – i drzwi się zamknęły.
W mieszkaniu Lennart schował do lodówki porcję saltimbocca
i o wiele za duży kawałek lasagne, przed którego
wciśnięciem nie zdołał się obronić. Usiadł przy kuchennym
stole i zaczął przeglądać sobotnie wydanie „Göteborgs Spegeln”.
Czytając, w końcu ugryzł kęs wspaniałej cynamonowej
bułeczki od Svenssona i z przyjemnością ją zjadł.
Zdziwił się, gdy dotarł do działu gospodarczego. Fotografia
otoczona artykułem na pół strony przedstawiała wysokiego,
barczystego mężczyznę z charyzmą, która zdawała
się promieniować nawet z czarno-białego zdjęcia. Podpis
brzmiał: „Harald Hadding, właściciel spółki inwestycyjnej
HIC AB, może być z siebie zadowolony – ponownie udało
mu się nabyć dwa obiecujące start-upy z branży IT”.

Lennart też był zadowolony. Uśmiechnął się. Tak,
Harald Hadding znów to zrobił. Ten facet był po prostu
niezły. I nie po raz pierwszy Lennarta wypełniła duma, że
pracuje w firmie, którą ten właśnie Harald Hadding wykupił
kilka lat temu, całkowicie przeorganizował i doprowadził
do sukcesu. Co prawda przejął wówczas tylko połowę
personelu, ale za to na znacznie lepszych warunkach. „Ci,
którzy dużo wnoszą, powinni też dużo zarabiać” – tak zawsze
brzmiało motto Haddinga, a Lennart wiedział, że
postawił na właściwego konia i że to była mądra decyzja,
by przeprowadzić się do Göteborga i spróbować szczęścia
w charakterze konsultanta. Nie żałował, że po studiach
opuścił Sztokholm i przybył tutaj, choć to portowe miasto
na zachodnim wybrzeżu pod względem powierzchni
i liczby mieszkańców przypominało raczej przedmieścia
stolicy Szwecji. Zresztą, jaką miał alternatywę? Pracować
w wydawnictwie ojca i wydawać jakieś publikacje naukowe,
które go nie interesowały, tylko po to, by pewnego dnia
wbrew swojej woli przejąć rodzinny biznes? Nie, dzięki!
Nawet jeśli rodzice, a zwłaszcza ojciec Lennarta, mieliby
nigdy nie zaakceptować, że kroczy własną drogą. A sukces
stanowił dowód na to, że miał rację.
Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu.
Wytarł usta, wstał i podszedł do komody w przedpokoju.
Zawahał się – na krótką chwilę zobaczył twarz Emmy i jej
oskarżycielskie spojrzenie – a potem odebrał.
– Tu Malmkvist.
– Cześć, Lennart, tu Emma.

A więc zgadł; lepiej by było, gdyby zapisał sobie jej numer.
Lennart milczał. Trwało to o kilka sekund za długo.
– Emma Mårtensson, no wiesz, kobieta, z którą spędziłeś
wczorajszą noc, pamiętasz? – doprecyzował głos po drugiej
stronie. Brzmiała trochę niepewnie, niemal jakby była
speszona.
– Bardzo zabawne! Tak, oczywiście, że pamiętam. Jak
mógłbym zapomnieć? U ciebie wszystko w porządku? – Musiał
przyznać, że po takiej nocy zabrzmiało to dość głupawo.
Poznał Emmę Mårtensson trzy tygodnie temu na firmowej
imprezie z okazji rozbudowy siedziby HIC AB. Pracowała
tam od niedawna. Spotkali się potem kilka razy, a wczoraj
wieczorem wylądowali razem w łóżku. Ręce Lennarta swędziały
jak szalone.
– Wolisz, żebym zadzwoniła do ciebie później?
– Nie, nie, w porządku, jestem tylko trochę zmęczony.
Miło cię słyszeć. A więc o co chodzi?
– Muszę z tobą porozmawiać.
– O nas? – Lennart drapał się po ręce i skrycie przygotowywał
się już do dyskusji na temat związku, który nie istniał.
Tym bardziej zaskoczyła go odpowiedź Emmy.
– Tak, to też… ale nie… nie chodzi o nas… nie teraz…
później… ja… – Sprawiała wrażenie rozkojarzonej i zdekoncentrowanej.
Emma wyznała mu wczoraj, że w tej chwili
jest „trochę przeciążona psychicznie”. Po kilku kieliszkach
wina przyznała się nawet, że bierze leki.
– O czym jeszcze chciałabyś porozmawiać? Nie czujesz
się dobrze?

– Nie przez telefon – rzuciła krótko. – To zbyt niebezpieczne.
Możemy się spotkać? Może dziś wieczorem?
Niebezpieczne? Lennartowi różne rzeczy przemknęły
przez głowę, ale musiał przyznać, że Emma absolutnie nie
sprawiała wrażenia, jakby była pod wpływem narkotyków
albo jakichś leków. W jej głosie dało się co prawda słyszeć
podekscytowanie, ale mówiła stanowczo i wyraźnie.
– Dzisiaj wieczorem? Hm… Tak, właściwie to mi pasuje,
ale…
– Lennart, natknęłam się na pewne wskazówki i… coś
jest nie tak z HIC i z Haddingiem.
– Co niby jest nie tak z HIC? Albo z Haraldem Haddingiem?
– zdziwił się Lennart. Przez krótką chwilę się zastanawiał,
czy to nie jakiś test lojalnościowy, ale głos Emmy
brzmiał przekonująco. Jeśli to, co wiedział o kobietach, było
cokolwiek warte, to była ładna i inteligentna, ale w żadnym
wypadku nie tak przebiegła, by przeprowadzać takie bezczelne
kontrole kolegów z pracy.
– Tylko tobie ufam, Lennart. To naprawdę ważne i pilne
– powiedziała błagalnym tonem.
– OK, OK, niech będzie. – Lennart ustąpił, ale wciąż się
zastanawiał, czym sobie zasłużył na to zaufanie. – Skoro to
dla ciebie takie ważne. Gdzie się spotkamy?
– Znasz Le Président?
– Oczywiście, ten francuski lokal przy Lilla Kyrkogatan,
tuż za rogiem. Przypadkiem tak się składa, że to moja ulubiona
restauracja.
– Tym lepiej – odparła. – Powiedzmy o dwudziestej?

– W porządku, będę.
– Zarezerwujesz dla nas stolik?
– Mogę to zrobić.
– Dobrze. Aha, Lennart, i…
– Tak?
– Nie mów o tym nikomu, obiecaj mi! To naprawdę ważne.
Lennart aż jęknął w duchu. Pani Mårtensson naprawdę
potrafiła budować napięcie.
– Jasne, wszystko zostanie między nami. Obiecuję.
– Dziękuję. Do zobaczenia później. Hej då.
Emma się rozłączyła.
Lennart lubił, gdy kobiety rzucały mu wyzwania, ale
w tym momencie dominowało przede wszystkim zdumienie.
Czego ona od niego chciała? No cóż, przecież się tego dowie,
a najgorsze, co mogło mu się przytrafić, to dobry francuski
obiad z być może trochę przesadnie poszukującą oparcia,
ale atrakcyjną i sympatyczną kobietą. Mimo to w jakiś dziwny
sposób przeczuwał, że znajomość z Emmą Mårtensson
przysporzy mu problemów wykraczających daleko poza jego
przykre dolegliwości dermatologiczne.
Wybrał numer restauracji, zarezerwował stolik dla dwojga,
a potem postanowił spędzić popołudnie stosownie do pogody.
Położył się na sofie w salonie, dokończył przeglądanie
gazety, a potem zdrzemnął się przed telewizorem.
O dziewiętnastej wziął zimny prysznic – dobrze mu to
zrobiło – i wybrał się spacerem do restauracji, ciekaw, z jakimi
to zagmatwanymi historiami będzie na niego czekać
Emma Mårtensson.

Gdy wyszedł na ulicę, zauważył, że w sklepie Buriego
Bolmena nadal pali się światło. Zdawało się padać gdzieś
z tyłu zastawionej towarem przestrzeni i rozlewało się mleczną
poświatą między regałami niczym promienie ukrytego we
mgle słońca. Lennart spojrzał na zegarek: za dwadzieścia
ósma. Pewnie po zamknięciu sklepu Buri Bolmen układał
jakieś drobiazgi w pudełkach z towarem. Zaklęte pierścienie
tutaj, elfie wisiorki tam, magiczne kamienie do czerwonej
szkatułki, a sproszkowana mandragora do zielonych, czarodziejskich
biopudełek. Lennart niemal widział dziwacznego
staruszka pochylonego nad porysowanym blatem roboczego
stołu – okulary lekko zsunęły mu się z nosa, drobne palce
w słabym świetle lampki odkładały artykuł po artykule na
właściwe miejsca, choć przecież musiał się domyślać, że nikt
nigdy tych rupieci nie kupi.
Nawet jeśli Buri Bolmen czasami bywał irytujący, Lennartowi
w pewnym sensie było go żal. Po prostu miał nie do
końca po kolei w głowie, ale było to na swój sposób urocze.
Nie robił nic złego poza tym, że zabierał ludziom czas i nieproszony
obdarzał ich życiowymi mądrościami i dziwnymi
poradami.
Le Président znajdował się niedaleko katedry w Göteborgu,
niecałe czterysta metrów w linii prostej od mieszkania
Lennarta. Podobnie jak rano szedł Drottninggatan,
gdzie o tej porze sklepy były już zamknięte. Z pełnych gości
restauracji dobiegał gwar. Oświetlenie lokali zlewało się ze
światłem witryn sklepowych i latarni i na ulicę padała ciepła
poświata. W połowie Drottninggatan odchodziła od niej Lil31
la Kyrkogatan, prowadząca prosto do katedry. Lennart westchnął
z ulgą. Czuł się teraz znacznie lepiej niż rano i nawet
zaczynał mieć apetyt.
Pięć minut później stał przed oświetloną ze wszystkich
stron reflektorami katedrą. Fasadę pokrywały owalne plamy
światła, nadające złocistą barwę klinkierowym cegłom budynku,
który wynurzał się z nocnych cieni, tworząc imponujący
kontrast z bezchmurnym, rozgwieżdżonym niebem.
Lennart trzymał się lewej strony ulicy; przeszedł jeszcze sto
metrów i dotarł do celu. Miejsce to potrafiłby znaleźć nawet
wyjątkowo nierozgarnięty turysta, który jeszcze nigdy nie był
w Göteborgu: nad wejściem powiewała ogromna francuska
flaga godna Pałacu Elizejskiego i – podobnie jak katedra –
iluminowana.
Kelner, który zdecydowanie wyglądał jak prawdziwy
garçon, natychmiast powitał Lennarta jako stałego gościa.
Lennart podał mu płaszcz, a potem pozwolił się zaprowadzić
do zarezerwowanego stolika w rogu, o który poprosił ze
względu na dyskrecję – nie wiadomo, o czym pani Mårtensson
chciała mu opowiedzieć.
Ale się nie zjawiła.
Lennart coraz częściej zerkał na zegarek i zaczynał
się złościć. W końcu o wpół do dziewiątej wyciągnął komórkę
i zaczął wstukiwać SMS-a: Gdzie jesteś? Siedzę tu
już – p rzerwał i usunął t ekst. N ie t o n ie, p omyślał s obie.
Dlaczego niby miałby za nią biegać i pytać ją, o co chodzi?
To ona ponoć czegoś pilnie od niego chciała, a nie
na odwrót. A on dał się namówić, zamówił stolik i był tu,

gdzie się umówili. Brakowało natomiast niejakiej pani
Mårtensson, która nie dość, że nie przyszła, to nawet nie
uznała za stosowne, by odwołać spotkanie. Schował telefon
z powrotem do kieszeni, zamówił kolejny kieliszek
burgunda i postanowił zjeść w samotności. Jesienna sałatka
z krewetkami, cholernie dobra bouillabaisse, a później
crème caramel i kawa z calvadosem. Emma Mårtensson
wciąż się nie pojawiła ani nawet nie raczyła się odezwać.
Był kwadrans po dziesiątej, kiedy Lennart z brzuchem
pełnym wspaniałego jedzenia i z niejakim rozczarowaniem
ruszył w drogę do domu. Na Lilla Kyrkogatan czuł na twarzy
podmuchy zimnego wiatru, który nie po raz pierwszy o tej
porze roku przypomniał mu, że wkrótce nadejdzie zima. Jednocześnie
ogarnęła go jakaś dziwna, jakby niesiona wiatrem
tęsknota za czymś odległym. Na to uczucie właściwie nie
było już miejsca w jego pełnym brzuchu, a jednak pojawiło
się na krótką chwilę, a potem znów zniknęło.
Gdy Lennart skręcił z malowniczo oświetlonej Drottninggatan
w Västra Hamngatan, stanął jak wryty. W sklepie
Buriego Bolmena wciąż paliło się słabe światło. Czyżby
dotarł już do czarodziejskich różdżek sprowadzonych z Azji
i wiązał je w pęczki? Lennart przycisnął twarz do wystawy,
przysłonił po bokach oczy i spróbował coś dostrzec. Nic
z tego. Cienie regałów, cienie dekoracji ściennych, cienie zwisających
wszędzie gadżetów i mrugające oświetlenie witryny,
które oślepiało go na tyle mocno, że nie widział nic więcej.
I nagle wróciło to samo uczucie tęsknoty, które pojawiło się
już na Lilla Kyrkogatan – ale tym razem było silniejsze i bar33
dziej wyraziste, nieprzyjemne jak zbyt grubo zmielone ziarna
pieprzu między zębami.
Odsunął się od witryny i przeszedł za róg, do wejścia.
Zawahał się. Może za bardzo się przejmował? Znów nasłuchiwał.
Czy nie słyszał przypadkiem skomlącego psa?
Bölthorn? Odważnie naparł na zamknięte drzwi, szarpnął
je, zapukał i znów nasłuchiwał. Dalej nic. Obok przejechał
ciemny samochód dostawczy, za nim taksówka i motocykl,
a potem znów zapadła cisza, jak to zwykle bywa o tej porze
w mieście takim jak Göteborg. W końcu Lennart, zamyślony
i trochę bezradny, ruszył do swojej kamienicy, kluczem otworzył
drzwi na klatkę schodową i wszedł na górę.

Tej nocy Lennarta dręczyły koszmary.
Znalazł się w jakiejś dolinie, którą otaczały dziwaczne
formacje skalne, z rzadka porośnięte skarlałymi drzewami
sterczącymi z ziemi niczym mściwe szpony. Jakby znikąd dobiegała
do jego uszu jakaś straszna melodia. Falami przenikała
przez mgłę, która powoli spływała ze stoków i gęstniała
przed Lennartem. Ale to potworne rzępolenie coś mu przypominało.
Nagle wzdrygnął się i spojrzał w dół. Był tam Bölthorn!
Tłusty mops siedział tuż przy nim i prowokacyjnie się na
niego gapił. Wielkie, wyłupiaste ślepia jak zawsze bezczelnie
błyszczały; pies mrużył oczy i warczał, a na karku zbierały
mu się fałdki tłuszczu niczym futrzane kiełbaski grubości
kciuka. Z wargi zwisała mu strużka śliny. Choć Lennart nie
darzył nadmierną sympatią tego pokracznego psa, w tej przytłaczającej
scenerii, którą mógłby stworzyć Hieronim Bosch
we własnej osobie, był on jedynym znajomym elementem.
Lennart nasłuchiwał dźwięków napływających z mgły, która
wydawała się pochłaniać czas i przestrzeń, i daremnie próbował
zlokalizować źródło tej niewypowiedzianej kakofonii.

– Gdzie jesteśmy? – spytał mopsa. Jego głos brzmiał głucho
jak echo w pustym pojemniku na śmieci.
Bölthorn zaszczekał krótko i gardłowo – przypominało
to wyrzut.
– Chodź – powiedział Lennart. – Zobaczymy, skąd pochodzi
ta okropna muzyka. – Chciał się poruszyć, ale z przerażeniem
stwierdził, że to niemożliwe. Miał wrażenie, jakby
do podeszwy przykleiła mu się olbrzymia bryła smoły, która
trzymała go w miejscu. Jeden krok wymagał tyle wysiłku, co
dziesięć normalnych.
Nagle coś się chyba zmieniło. Mylił się? Nie, buczenie
i jazgot ustały. Warstwy mgły powoli się rozstąpiły, a w nisko
wiszących chmurach ukazała się ciemna postać. Teraz Lennart
pojął, dlaczego ta muzyka wydawała mu się znajoma. To
był kataryniarz z Västra Hamngatan.
– Hej! – zawołał Lennart. – Hej, gdzie jesteśmy? Pomoże
nam pan wrócić do domu?
Kataryniarz milczał i powoli lecz nieubłaganie się do
nich zbliżał. Gdy dzieliło ich już tylko kilka metrów, Lennart
zauważył, że czerwony frak zastąpiła czarna peleryna,
a w miejscu cylindra pojawił się kaptur. Ale nie tylko to sprawiło,
że Lennarta ogarnęło śmiertelne przerażenie. Chodziło
o twarz ulicznego grajka: skóra była rozdarta, niektóre
mięśnie odsłonięte, usta zdeformowane, jakby były z wosku
i znalazły się zbyt blisko ognia.
– Kim jesteś? Czego chcesz? – wyrwało się Lennartowi.
On sam w każdym razie chciał tylko jednej rzeczy: jak
najszybciej się stąd wydostać! Zdesperowany spojrzał w dół

na Bölthorna. Ale wydawało się, że psa to wszystko w ogóle
nie wzrusza. Obrócił się dwa razy w kółko, a potem, charcząc
i gulgocząc, klapnął na ziemię i najzwyczajniej zamknął
oczy, jakby nie groziło im żadne niebezpieczeństwo. Jeszcze
raz poruszył prawie prostym ogonkiem i zaczął głośno chrapać.
Lennart nie mógł w to uwierzyć. Ten kundel naprawdę
zasnął! Tak po prostu. Spojrzał przed siebie, na kataryniarza,
który w tym czasie zbliżył się na zaledwie kilka kroków.
Uśmiechnął się do Lennarta, szczerząc pozbawione dziąseł
zęby, i wyszeptał coś, jakieś słowa, których Lennart nie zrozumiał
i nie miał najmniejszej ochoty zrozumieć. Położył się
szybko, zacisnął powieki i zwinął się jak embrion szukający
ochrony w łonie matki.
Było zimno.
Strzępy słów kataryniarza stały się wyraźniejsze.
– Lennarcie Malmkviście – udało mu się zrozumieć –
miej się na baczności! Przyjdę po ciebie, jeśli nadal będziesz
ignorował swoje przeznaczenie! – No dobra. Lennartowi to wystarczyło.
Nie chciał, żeby przyszedł po niego ktoś, kto wyglądał
tak jak ta istota. A przede wszystkim: co za przeznaczenie? Co
to za bzdury? W każdym razie wszystko to brzmiało groźnie
i przekonująco. Skupił się na bardzo odległym wspomnieniu.
Wakacje z rodzicami na szkierach w pobliżu Sztokholmu.
Wynajmowali domek letniskowy. Rodzice byli wtedy tacy
młodzi. Sam Lennart miał cztery, może pięć lat. Ojciec wypłynął
z nim w morze na ryby. Wtedy wszystko między nimi
było jeszcze w porządku. Ojciec i syn w jednej łodzi. Lato

było ciepłe, pachniało życiem i świeżymi truskawkami z bitą
śmietaną. Tyle tęsknoty.
– Idę po ciebie, Lennarcie Malmkviście. Zaakceptuj swój
los! – wychrypiał kataryniarz i nagle położył na ramieniu
Lennarta lodowaty kościsty szpon.
Lennart nie mógł złapać tchu.
– Jaki los mam zaakceptować? – krzyknął. – Co to za
brednie? – Odwrócił się przerażony, spróbował strząsnąć
z ramienia szkieletową rękę, podskoczył, zrzucił lampkę stojącą
na stoliku, pośliznął się, uderzył twarzą o kant łóżka,
spadł bokiem na podłogę i stwierdził oszołomiony, że leży na
dywaniku z owczej skóry.
Cóż za doskonały koszmar.
Radio z budzikiem pokazywało dwadzieścia po czwartej.
Lennart dotknął miejsca tuż pod prawym okiem, tam,
gdzie uderzył się o łóżko. Syknął i zaklął. Bolało jak diabli
i zdążyło już porządnie spuchnąć. Chciał zapalić światło, ale
nocna lampka nie działała; najwyraźniej żarówka stłukła się
przy upadku. Po omacku obszedł łóżko, uderzył o coś palcem
u nogi, znowu zaklął. W końcu znalazł włącznik przy
drzwiach.
Chwilę później siedział w kuchni ubrany w szlafrok,
trzymał przy oku owinięte w szmatkę kawałki lodu, popijał
podwójną whisky i dochodził do siebie po tym nocnym
horrorze. Śmierć, a przynajmniej jej bliski krewny w czarnym
kapturze, w towarzystwie grubego mopsa Buriego Bolmena
– rany Julek! Jakie zakamarki mózgu i traumatyczne

wspomnienia musiały sprawić, że wyśnił takie bzdury? Może
powoli tracił rozum? Najpierw kataryniarz przed sklepem
Bolmena, który rozpłynął się w powietrzu, a teraz ten kompletnie
zwariowany sen.
Schłodził opuchliznę kolejną porcją kostek lodu, a gdy
i te się roztopiły, miał wrażenie, jakby ktoś polał mu okolice
oka ciekłym azotem. Wrócił do łóżka.
Obudził się około dziesiątej, pojechał samochodem do
Slottsskogen i tam trochę pobiegał. Po powrocie wziął prysznic,
zjadł śniadanie, bez szczególnego zainteresowania przejrzał
wczorajsze wydanie „Göteborgs Spegeln”, ale nie mógł
się skoncentrować, bo nie dawały mu spokoju myśli o Emmie.
To dziwne, że się nie pojawiła i nawet nie dała mu znać.
Może coś jej się stało? Kilka razy dzwonił do niej na komórkę,
ale na próżno.
Lennart przypomniał sobie słowa Buriego Bolmena –
„wszystko ma jakiś powód, mój drogi Lennarcie” – ale od
razu je od siebie odsunął. Nie mógł powiedzieć jej prawdy.
„Mam alergię na miłość” brzmiało w najlepszym przypadku
równie głupio jak każda inna tania wymówka.
Może wizyta u terapeuty byłaby jednak dobrym pomysłem?
Nonsens. Niby jak to miało pomóc? Przecież sobie nie
wmawiał, że ma tę wysypkę. A może mimo wszystko to tylko
zbieg okoliczności, że odkąd miał piętnaście lat i po raz
pierwszy się zakochał, ta dziwna choroba pojawiała się zawsze
przy takich okazjach? I co, jeśli podświadomie wykorzystywał
te przypadkowe dolegliwości, bo się bał, że odnajdzie
szczęście? Czyżby bał się własnego szczęścia?

Niezależnie od tego, co tak naprawdę wywoływało tę
wysypkę, jego ramię przestało swędzieć dokładnie w tej samej
sekundzie, w której postanowił, że w relacji z Emmą nie
będzie się angażował ani o krok dalej. Tak było lepiej dla nich
obojga, bez względu na to, o czym rzekomo wiedziała. Lennart
wręcz odnosił wrażenie, że małe, nieprzyjemne krostki
zaczynają znikać.
Resztę dnia spędził w gabinecie, odpowiadając na maile
i przygotowując dokumenty potrzebne mu do prezentacji pod
koniec przyszłego tygodnia. Poza tym w kalendarzu w chmurze,
z którego korzystali wszyscy pracownicy HIC AB, miał
tylko jeden termin na jutro. DataMining, analiza baz danych
u F. Niczego więcej Lennart nie wpisał. Nikt w firmie Haddinga
nie musiał wiedzieć, kogo pytał o radę, gdy chodziło
o złożone problemy, które wykraczały poza jego informatyczną
wiedzę. Ostatecznie i tak liczyły się przecież wyniki.
I miało to też miły efekt uboczny: znów zobaczy Frederika.
Wieczorem podgrzał sobie saltimbocca alla romana od
Marii – porcję, która spokojnie wystarczyłaby dla dwóch grubych
włoskich marynarzy. Wypił duży kieliszek czerwonego
wina i dość wcześnie poczuł się bardzo zmęczony – zapewne
wskutek przejść ostatniej nocy – więc już około dwudziestej
drugiej położył się do łóżka, gdzie przez pół godziny snuł
jeszcze myśli o Emmie, o swojej przeklętej alergii i o Burim
Bolmenie.
W końcu wyczerpany zasnął i tym razem na szczęście
nic mu się nie śniło.

Join Our Newsletter!

Love Daynight? We love to tell you about our new stuff. Subscribe to newsletter!

You may also read!

SnowFest 2020 – 28.02-29.02.2020 / Szczyrk

Siódma edycja festiwalu SnowFest, czyli najgorętszego wydarzenia w samym środku zimy odbędzie się już tradycyjnie w zimowej stolicy Polski

Read More...

Targi Ciekawej Książki, już 22-24 listopada 2019 w hali Expo Łódź.

Wszystkich pasjonatów literatury i nie tylko zapraszamy do odwiedzenia Targów Ciekawej Książki, który odbędzie się w terminie 22-24 listopada

Read More...

Audioriver ogłasza datę 15. edycji festiwalu!

Znamy datę 15. edycji festiwalu Audioriver. Jubileuszowa odsłona jednego z najważniejszych muzycznych wydarzeń w Polsce odbędzie się w Płocku w dniach

Read More...

Leave a reply:

Your email address will not be published.

Mobile Sliding Menu