Kluczowe w powyższym tytule jest właśnie określenie „tania”. Tania nie tyle jako produkcja o relatywnie skromnym jak na hollywoodzkie warunki budżecie, ale jako kino nieznośnie płytkie, wyzute z pomysłu, kreatywności, subtelności czy indywidualnego charakteru.
O tym, jak próbowano z procesu w Norymberdze zrobić hollywoodzkie widowisko
Akcja Norymbergi (2025) Jamesa Vanderbilta rozgrywa się tuż po zakończeniu II wojny światowej, w momencie poddania się Hermanna Göringa (Russel Crowe) amerykańskiemu wojsku. Niemal równolegle film wprowadza wątki prokuratora z USA Roberta H. Jacksona (Michael Shannon), inicjującego przygotowania do procesu w Norymberdze i osądzenia nazistowskich zbrodniarzy, oraz amerykańskiego psychiatry Douglasa Kelly’ego (Rami Malek), mającego pełnić rolę więziennego psychiatry osadzonych.Losy postaci szybko zazębiają się, a ich relacje ewoluują i nabierają niejednoznaczności. Z czasem pomiędzy młodym lekarzem a fascynującym, inteligentnym, narcystycznym Göringiem rodzi się przyjaźń, niepozbawiona jednak napięć i gwałtownych wstrząsów. To właśnie więzi łączącej dwóch mężczyzn zostaje w dużej mierze poświęcona filmowa opowieść.
Realizacyjnie Norymberga pozostaje obrazem całkowicie pozbawionym jakichkolwiek autorskich, oryginalnych, wyróżniających ją pomysłów narracyjnych czy inscenizacyjnych. Wszystkie sceny, zdjęcia, ilustracje muzyczne są tutaj boleśnie poprawne, nudne i pospolite. W swojej sztampowości formalnej jest to zresztą projekt bliźniaczo podobny do poprzedniego filmu reżysera – Niewygodnej prawdy (2015). Jedynym co przykuwa tutaj uwagę pozostaje szeroko komentowana i powszechnie doceniona jakość aktorstwa w filmie, szczególnie zaś rola grającego Göringa Russela Crowe’a. Kreacja ta nie wydaje się jednak niczym zaskakującym lub przełomowym w karierze aktora, o którego nieprzeciętnych umiejętnościach dawno już mieliśmy okazję się przekonać – chociażby w Informatorze (1999) Michaela Manna czy Gladiatorze (2000) Ridleya Scotta.



Kluczowe dla zrozumienia celu twórców filmu i powodów ich decyzji odnośnie ostatecznego kształtu Norymbergi jest odpowiedzenie sobie na pytanie, w jaki sposób traktują oni historię. Spektakularny, obdarzony potężnym ładunkiem emocjonalnym i refleksyjnym obraz Stanleya Kramera Wyrok w Norymberdze (1961)adaptował nieodległą wówczas przeszłość po to, aby wyrazić uniwersalną przestrogę poprzez przejmującą opowieść o złu, sprawiedliwości oraz prawdzie. Rodzimy fabularyzowany dokument Jerzego Antczaka z 1969 roku pt. Epilog norymberski ma za zadanie potwierdzić autentyczność nazistowskich zbrodni, czego dokonuje poprzez wyraźne inscenizowanie wybranych fragmentów procesu, już na początku otwarcie wyrażając brak zamiaru drobiazgowego, całościowego odtwarzania faktów historycznych. W porównaniu do tych filmów Norymberga wydaje się adaptować ówczesne wydarzenia z najmniejszą inwencją, ale i przy najmniej transparentnych, jasnych intencjach twórczych.



Na samym początku filmu dostajemy typową dla historycznych widowisk deklarację, będącą udziwnioną parafrazą sformułowania „Historia oparta na faktach”. Oczywiście zabieg ten ma służyć sztucznemu uwiarygodnieniu ekranowych wydarzeń, jak również przydać im wagi i siły emocjonalnej. W toku akcji pojawia się wspomniany wątek burzliwej przyjaźni Göringa z jego psychiatrą oraz seria banałów na temat zła – dających sprowadzić się do tego, iż każdy jest do niego zdolny, a naziści byli zwykłymi ludźmi. Jednak to nie te płytkie intelektualnie przemyślenia o naturze człowieka czy relacjach międzyludzkich zdają się być priorytetem twórców. One jedynie pomagają w skrojeniu Norymbergi pod przystępny, atrakcyjny komercyjnie produkt, mający sprawiać wrażenie ambitnego kina. Rozsadzający ekran patos, nadmiar akcentów komediowych, wszechobecne przerysowanie, łopatologicznie podane złote myśli, intrygująca baza fabularna (akcentowana już przez sam tytuł) i gwiazdorska obsada – wszystko to jest nakierowane na stworzenie emocjonującego, efektownego spektaklu dla masowego odbiorcy, sprzedanego pod pozorem „czegoś większego”. Spektaklu, który niestety zawodzi na poziomie realizacyjnym, razi przewidywalnością, sztampą i wspomnianą przesadą, finalnie generując wśród widowni śladowe emocje – wymuszone głównie przez podniosłą ilustrację muzyczną czy silne zbliżenia na ekspresyjne twarze postaci.








Historia, komercja, kultura
Odległe realia, w jakich zostaje osadzona akcja utworów filmowych czy literackich, umożliwiają nadanie opowieściom osobnego charakteru, klimatu, barwnego tła obyczajowego, społecznego czy politycznego – co z kolei pozwala wprowadzić do emocjonujących losów bohaterów niecodzienne konflikty, problemy, dylematy. Nie ma zatem nic dziwnego w tym, iż ich twórcy adaptują wydarzenia i postacie historyczne po to, aby przy ich użyciu stworzyć atrakcyjne, wyróżniające się oraz zapadające w pamięć fabuły, powstałe przynajmniej częściowo w celach komercyjnych. Taki jest przecież nadrzędny cel autorów większości cieszących się olbrzymią popularnością literackich romansów historycznych, jak również zrobionych z olbrzymim rozmachem, hollywoodzkich filmów wojennych lub tych z konwencji peplum (np. Kleopatra [1963] Josepha L. Mankiewicza, obydwie części Gladiatora [2000 i 2024] Ridleya Scotta). Nie wystarczy jednak oprzeć treści utworu o głośne historyczne nazwiska czy doniosłe wydarzenia. Bez jakiejkolwiek inwencji twórczej, oryginalności w podejściu do tematu, umiejętności wykorzystania środków wyrazu oraz transparentności twórczych celów nie powstanie dobry utwór – zaś wykorzystanie w nim faktycznych dramatycznych wydarzeń może wówczas zyskać posmak cynizmu, chęci odniesienia sukcesu głównie za sprawą adaptowanej historii.









