Są książki, które czytamy dla fabuły. Inne – dla języka, klimatu, intelektualnej podróży. Ale są też takie, które czytamy, żeby poczuć, żeby znów znaleźć się tam, gdzie byliśmy wiele lat temu – jako dzieciaki, z pilotem w ręku, przed kineskopowym telewizorem albo w wypożyczalni wpatrzeni w okładki kaset VHS. „Bohaterowie ostatniej akcji” to właśnie taka książka.
To wehikuł czasu napędzany testosteronem, potem, celuloidową taśmą i nieśmiertelnymi one-linerami.
W środku tej opowieści znajdują się ośmiu tytanów kina akcji: Arnold Schwarzenegger, Sylvester Stallone, Bruce Willis, Jean-Claude Van Damme, Steven Seagal, Chuck Norris, Dolph Lundgren i Jackie Chan. To oni budowali marzenia dzieciaków z lat 80. i 90. Zanim Marvel i DC zmonopolizowały wyobraźnię, zanim CGI zaczęło dominować ekran, byli oni – herosi, którzy nie potrzebowali peleryn, bo wystarczały im mięśnie i niezłomna wola.
Książka jest skonstruowana jak chronologiczna opowieść, ale jej siłą nie jest tylko faktografia, lecz emocje i energia, które biją z każdej strony. Czytasz i przypominasz sobie, jak wyglądała scena walki w „Krwawym sporcie” albo jaka była mimika Willisa, kiedy rzucał: „Yippee-ki-yay, motherf**r”*. To nie tylko zestaw biografii – to zbiorowa psychobiografia pokolenia wychowanego na akcjach, które dziś zakrawają na kult.
Autor umiejętnie przeplata historie sukcesów z porażkami, pokazując, że za idealnie wykrojonymi torsami i efektownymi scenami kryły się także konflikty, dramaty, upadki, powroty i ogromne ego. Śledzimy zarówno początki kariery Schwarzeneggera w kulturystyce, jak i sceniczne przełomy Chana, hollywoodzki rajd Van Damme’a, samotną wojnę Norrisa o swój image, a nawet absurdalne zakręty kariery Seagala, który w jednej dekadzie był Bogiem, a w drugiej – memem.
Wartą podkreślenia jest relacja między Stallone’em a Schwarzeneggerem, która niczym w klasycznym westernie pełna była napięcia, cichego szacunku, medialnej rywalizacji i prób przebicia się na każdym możliwym polu. Ich batalie o box office, długość noża, liczbę trupów na ekranie – to nie tylko śmieszne anegdoty, ale także odzwierciedlenie mechanizmów rządzących kinem końca XX wieku.
To książka o kinie sprzed epoki ironii, kiedy widz nie oczekiwał dekonstrukcji bohatera, ale chciał widzieć, jak Stallone sam wjeżdża czołgiem na obóz wroga. Kiedy logika fabularna była mniej ważna niż efektowny wybuch i zdanie wypowiedziane z zaciśniętą szczęką. Kiedy czarne było czarne, a białe – białe. Brak moralnych niuansów? Może. Ale jaka w tym była frajda!
Błyskotliwe i zabawne
Ogromnym atutem tej książki jest narracyjna lekkość i poczucie humoru. Autor nie stara się udawać, że pisze nową „Poetykę” Arystotelesa – on wie, że pisze o kinie, które nie starało się być poważne. Dlatego też śmiało pozwala sobie na zabawne dygresje, błyskotliwe porównania i ironiczne komentarze. Czasem trafione w punkt, czasem celowo przerysowane, ale zawsze z sercem i miłością do tematu.
To też kopalnia cytatów – czytelnik momentalnie słyszy w głowie głosy bohaterów, przypomina sobie sceny i czuje jak kąciki ust samoczynnie się unoszą. Niejednokrotnie przerywa się lekturę, żeby na YouTube znaleźć daną scenę i odtworzyć ją po raz setny.
Kino, które przeminęło – ale nie odeszło
To również historia o przemijaniu. O tym, jak kino akcji, które nie potrzebowało CGI, latających peleryn i moralnych dylematów, zostało zepchnięte na margines. Jak herosi z krwi i kości zostali zastąpieni przez ironicznych superbohaterów i postaci generowane komputerowo. Ale książka nie stawia tej zmiany w opozycji – raczej celebruje to, co było. To nostalgiczny hołd, nie manifest.
„Bohaterowie ostatniej akcji” to pozycja obowiązkowa dla tych, którzy pamiętają czasy, gdy kaseta VHS była skarbem, a seans Twardziela oznaczał poważne przygotowanie: popcorn, znajomi z osiedla i wyłączony telefon domowy. Dla nich to nie tylko książka – to emocjonalna podróż do dzieciństwa.
Dla młodszych czytelników? To fascynujące wprowadzenie do świata, w którym kino akcji było szczere, hałaśliwe, niezbyt skomplikowane, ale za to niesłychanie satysfakcjonujące. I choć pewnie nie zrozumieją w pełni emocji towarzyszącej premierze nowego Rambo w TV, mogą dzięki tej książce choć trochę poczuć ten klimat.
Dla kogo ta książka?
- Dla wszystkich, którzy pamiętają czasy VHS-ów, wypożyczalni, „Mega Hitu” i sobotnich wieczorów przed TV.
- Dla każdego, kto potrafi wymienić pięć filmów z Van Damme’em bez zająknięcia.
- Dla fanów kina akcji, którzy tęsknią za czasami, gdy bohater miał więcej mięśni niż dylematów.
- Dla młodszych kinomanów, którzy chcą zrozumieć, dlaczego ich starsi kuzyni uważają „Commando” za świętość.
Plusy:
- ogromna dawka wiedzy o ikonach kina akcji,
- kapitalne anegdoty i cytaty,
- nostalgiczna podróż w czasie,
- trafne analizy i konteksty historyczne.
Minusy:
- miejscami chaos narracyjny.
Podsumowanie:
„Bohaterowie ostatniej akcji” to pełnokrwisty hołd dla pełnokrwistych bohaterów. Książka, która kopie jak kopniak z półobrotu Van Damme’a i grzmi jak wybuch w filmach Michaela Baya (zanim to było modne). Ma swoje wady – głównie redakcyjne – ale treść z nawiązką to wynagradza. Czytajcie, wspominajcie i włączajcie VHS. Bo takich bohaterów już nie robią.
Ocena końcowa: 8/10
Za książkę dziękujemy :










