#wtonacjirozmowy: Waldemar Kasta: Dla mnie muzyka stanowi indywidualną modlitwę

In Wywiady

– Na pewno nie będzie to muzyka łatwa, lekka i przyjemna. Wydaje mi się, że ja nawet nie potrafię takiej zrobić. W związku z tym, gdybym umiał, to być może, bym się o taką pokusił. Natomiast jako muzyk jestem kimś zupełnie innym niż jako Waldek. Nie zmienia to jednak faktu, że idąc ulicą mam podniesioną brodę, a to nie to samo, co podniesiony nos – mówi serwisowi wtonacjikultury.pl Waldemar Kasta, który po kilkunastu latach wydaje nowy album.

fot. 13kasta/Instagram

Kamil Piłaszewicz: Zacznę od banalnego, lecz od wręcz narzucającego się pytania, a mianowicie, za sprawą jakich powodów wracasz do świata muzyki?

Waldemar Kasta: Zacznijmy od tego, że nigdy się z niego nie wycofałem. Zrezygnowałem z regularnego wydawania płyt hip-hopowych, a to jest kolosalna różnica. To jest tak jak z modlitwą wierzącego, czy z oddychaniem. Jako twórca nie mogę się pozbawić muzyki w swoim życiu. Jest to tak ważna, integralna część mnie, że bez niej czułbym się… wybrakowany; odczuwał swego rodzaju pustkę. Z muzyką byłem stale związany. Ciągle mnie otaczała, tylko szeroko pojęty odbiorca o tym nie wiedział. Rzeczywiście jest tak, że od ponad 13 lat niczego nie wydawałem, ale teraz postanowiłem to uczynić, ponieważ… Najbanalniej odpowiadając: bo po prostu mogę.

Czyli podobnie, jak miało to miejsce w przypadku Agnieszki Chylińskiej. Kiedy ona nie wydawała płyt przez kilka lat, ciągle słyszała pytania: „Dlaczego nie tworzysz?”. Kiedy już przygotowała album, spotkała się z reakcją: „Dobrze, tylko po co…? Wolimy wiedzieć, co Agnieszka sądzi o…”. Nie ma może nie tyle obawy, ile myśli, że teraz ten słuchacz może zareagować podobnie na powrót Waldemara Kasty? Przecież może uznać, że to: „Nie ten sam Kasta, którego słuchałem X lat temu”.

– I to jest fakt. Mimo że wciąż jestem sobą. Choć należy się zmieniać, by jakim się jest pozostać, pozwolę sobie zauważyć. Tak więc w sumie możliwe jest, że zmieniłem się jako człowiek, ale nadal podążam za naukami i mądrościami Wschodu, które mówią, by nie zastanawiać się nad tym, co kto sobie myśli w związku z tym, że tworzę muzykę. Rozumiem, że komercjalizacja jej powoduje, że ludzie robią focusy, inne badania i jeszcze sugerują się tym, co ludzie o nich mówią i myślą. Natomiast najkrócej mówiąc: nie należę do tej grupy osób. Nie krytykuję takiego podejścia, bo to jest ich droga, ale dla mnie muzyka jest modlitwą.

Dlatego też, jeżeli chcę zrobić album, to po prostu go tworzę. Jeżeli ktoś go będzie słuchał, bo jest mu ze mną po drodze – świetnie. Jeżeli ładunek sentymentu w związku ze słuchaniem mych utworów sprzed lat nadal działa, to dla mnie jeszcze lepiej, bo będę wiedział, co z tym zrobić. Natomiast umówmy się, że z terminem „robienie muzyki” nadal kojarzy mi się to z tym, co ja chcę zrobić, powiedzieć; a niekoniecznie z tym, jak zostanie to odebrane. Nie interesuje mnie ani krytyka, ani fakty, które ci ludzie poruszają. Istotnie: „Po co to robisz, skoro nie masz swoich słuchaczy” – jasne. Tylko że w ogóle nie to chcę przekazać, tworząc ten album.

Rozumiem, co masz na myśli. Również sądzę, że teraz pod hasłem „tworzenie muzyki” rozumie się wszelkie komercyjne zabiegi związane z nią, a nie sam fakt, proces tworzenia kolejnych utworów.

– Tylko że zawsze tak było! W show-biznesie chodzi tylko o to, żeby zarabiać jak najwięcej.

Czyli tu wychodzi moje, nazwijmy to: „skrzywienie” po rozmowach np. z Panem Markiem Dyjakiem, bo świat muzyki od zawsze postrzegałem jako to miejsce, dzięki któremu chce się powiedzieć to symboliczne „coś więcej”, co ma się w duszy…

– I dodatkowo o sobie! To jest zabawne. Robimy coś, co nas wywłaszcza, co buduje pewien potencjał u odbiorcy. Wydaje mi się, że taki twórca jak ja, być może naiwnie, ale nadal ma przekonanie, że przygotował dla swoich słuchaczy – dla których znaczące było, że tworzyłem – kontynuację opowieści o mnie. Generalnie oni dostaną swego rodzaju mój pamiętnik. Dlatego to jest album stworzony przez pryzmat mnie, moich obserwacji, a nie o tym, co na dziś budzi większe zainteresowanie według kolejnych badań focusowych.

Niestety odnoszę wrażenie, że jesteś jednym z nielicznych, który tak się zapatruje na scenę muzyki. Moim zdaniem – pomijając już fabryczne produkowanie płyt z utworami disco – polo – coraz więcej artystów zmierza w kierunku właśnie produkowania, a nie tworzenia muzyki. Dlatego też dopytam, czy towarzyszy Ci nie tyle obawa, co myśl, zastanowienie, czy będziesz w stanie powiedzieć coś nowego swoim słuchaczom?

– Wzór na hit istnieje od dawna. Natomiast ja nadal, być może naiwnie, wierzę, że chodzi o to, że to ja chcę powiedzieć coś o sobie i jeżeli te myśli trafią na podatny grunt, to na pewno się o tym dowiem. Natomiast w ogóle nie umiem sobie wyobrazić tego, bym miał zaczynać mówić coś nowego. Owszem, wyrażam się przez nowy sub-gatunek niż wcześniej, który jest może i nowocześniejszy.

Przez to możemy powiedzieć, że sam sound – w rozumieniu środowiska jest już nieco inny niż ten, który był około dwadzieścia lat temu. To mnie podniecało, gdyż stanowi coś nowego. Natomiast na tym albumie jestem stary ja, który przez pryzmat siebie komentuje rzeczywistość, która jest zastaną, obserwowaną, a nie znajduje się w sferze imaginacji, na swój sposób poetyckiej.

Przed laty Kazik w utworze „Las maquinas de la muerte” głosił, że: „Artysta syty nie ma nic do powiedzenia. (…) Artysta głodny jest o wiele bardziej płodny”. Zdecydowana większość odbiorców się z nim zgadza, tylko że może źle interpretujemy tę „sytość”? Może nie tyle chodzi o fizyczną pełnię, a o twórcze spełnienie?

– Jeżeli „sytość” będziemy rozumieli pod względami finansowymi, to od dawna jestem zaspokojony. Natomiast w moim rozumieniu mamy jeszcze inne spojrzenie na tę kwestię, gdyż dla mnie artysta ciemiężony jest skuteczniejszy. Jeżeli dramatyczne wydarzenia z dzieciństwa dosłownie każą Ci opowiadać o pewnych rzeczach, to być może ktoś przyzna, że nie rozumie Twojego fenomenu, być może nawet nie będzie mu się podobała Twoja muzyka, ale z niewiadomych mu powodów będzie mógł powiedzieć, że: „Chyba mu, k***a, wierzę”.

Wiem, czuję, że tworzę właśnie taką muzykę. I albo mi w to uwierzysz po wysłuchaniu płyty, albo nie. Natomiast możesz mi wierzyć, że tych wydarzeń, przez które ta płyta jest prawdziwsza, było wystarczająco dużo, żeby ten ładunek potencjału emocjonalnego był tam wyraziście obecny pomiędzy wierszami. Jeżeli komuś udzieli się ten stan, to będę mieć jeszcze większą satysfakcję z tego, że bardzo dobrze wykonałem nie tyle swoją pracę, ile pamiętnik.

Odnośnie do haseł „praca” i „pasja”, odnoszę wrażenie, że zarówno w świecie muzyki, jak i całej kultury pojawia się z czasem między nimi coraz większy rozdźwięk. A teoretycznie powinny stanowić uzupełnienie.

– Pełna zgoda. Nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że właśnie dlatego przez tyle lat nie miałem nic do powiedzenia. Nie miałem o co walczyć ani czego cierpieć.

Nie jesteś jedynym, który ma podobne przemyślenia i w tym miejscu odbiorca mógłby uznać: „Aha, czyli nastał czas tworzenia prostej muzyki”…

– … Albo targetowanej. Nie próbuję tego krytykować, że ktoś się tego podejmuje, ale zupełnie nie to było moim celem przy tworzeniu tego albumu.

Być może byliśmy świadkami jakiegoś momentu, który zdeterminował to, że dziś tworzenie muzyki również jest postrzegane jako praca…?

– Dokładnie w tej chwili, kiedy pojawiły się pieniądze w świecie muzyki. Zauważ, że zespoły, które nie zarabiają na swoich płytach, utworach, koncertach, najczęściej tworzą z pasji. Wszystko dlatego, że w żaden inny sposób nie mógłbyś obronić tezy, dlaczego wydają swoje ciężko zarobione pieniądze na muzykę, która się nie sprzedaje. Nie zastanawiam się, czy moja się sprzedaje, czy nie. Nie robiłem tego też ani wtedy, kiedy tworzyłem ją jako narkoman w garażu, czy kiedy – w swoim rozumieniu – walczyłem o równouprawnienie kultury hip-hopowej. A już tym bardziej teraz, kiedy jestem czterdziestopięciolatkiem.

Wszystko dlatego, że po pierwsze: uważam, że współtworzyłem tę kulturę, po drugie: kozie spod ogona nie wypadłem, po trzecie: patrząc na środowisko ulicy, średnio widzę kogoś, kto mógłby mi tego zabronić i na koniec po czwarte: nieskromnie powiem, że mam o czym opowiadać. Moje życie było wystarczająco burzliwe, by to, co przeżyłem, nie kształtowało optyki, przez którą spoglądam na świat. I dlatego teraz tymi zmianami w sobie staram się podzielić ze słuchaczem, a nie żeby wciągnąć go do jakiejś gry, która będzie czymś w rodzaju kolorowo-konsumpcyjno-świetnym.

fot. rizvvan/Instagram

Kiedy dowiedziałem się, że stworzyłeś album z wykonawcami, co najmniej o pokolenie młodszymi od siebie, to w pierwszej chwili umysł podpowiedział mi utwór pt. „Jak Urosnę”, jaki swego czasu stworzył „Sokół” z Fasolkami…

– Świetny numer! Połączyłem pokolenia uliczników i chciałem zrobić pomostowy album, by pokazać, że taki staruch jak ja może coś stworzyć z tak młodymi twórcami. A jednak Wojtek stworzył coś takiego, co szalenie trudno krytykować. Wszystko dlatego, że to jest z jednej strony „w sosie”, a z drugiej jest to o wiele ambitniejsze niż uliczne, a Wojtek też był kojarzony z takim ulicznym rapem.

W związku z tym to zawsze już będzie wartością dodaną. I tak metaforycznie mówiąc, to „fasolkowanie” stanowi drugie tło opowieści tamtego numeru. Dlatego też zawsze będę ten numer oceniał bardzo pozytywnie. Na przygotowanie takiego utworu stać kogoś, kto jest już wystarczająco okrzepły w pewnej kulturze i generalnie wystarczająco inteligentny, by zobaczyć ideę w tym pomyśle.

Właśnie do tego zmierzałem. Wiadomo, że najprościej jest zarzucić kopiowanie pomysłu tworzenia z młodszymi od siebie. Tylko że zmierzam do tego, że kiedy wszedłeś do studia, by z nimi nagrać album, to, czy poczułeś, że świat wokół Ciebie w pewnym sensie uległ zmianie…?

– Na ulicy z pewnością niespecjalnie. Jeżeli jej nie znasz, czy prawideł, jakie na niej obowiązują, to wciąż konfrontujesz się z myślami, czy będziesz w stanie na niej pozostać. Dlatego też rozumiejąc to w ten sposób, wciąż opisuję to, co dzieje się po zmroku. W związku z tym daleko mi do Fasolek.

Natomiast nie zmienia to faktu, że przyświecał mi bardzo prosty, wręcz trywialny cel, stary, a mianowicie: młodzi myślą, że tacy jak ja zabrali im kulturę. Z kolei moi koledzy sądzą, że tamci są słabsi, niewystarczająco dobrzy, bądź jacyś tam. W efekcie powstaje rodzaj wyrwy na mocy której zwykły hip-hopowy show-biznes w Polsce wykazuje polaryzację, na jaką ja zgody nie wyraziłem. Uważam, że ona po prostu nie istnieje.

W związku z samym procesem tworzenia ponownie odwołam się do swojej rozmowy z Panem Markiem Dyjakiem. Kiedy zapytałem go o, to kiedy najlepiej mu się tworzy, odparł, że w trakcie pobytu na łódce w czasie łowienia ryb. A w jakich sytuacjach Tobie przychodzą najszybciej frazy, wersy, który później lądują „zamknięte” w albumie?

– Akurat w moim przypadku tym razem było nieco inaczej. Kiedyś wydawało mi się, że tworzę wiekopomne dzieła, które nigdy nimi nie zostały. W związku z tym wówczas nie było jakiejś pieczołowitości w wyrażeniu tych ulicznych emocji i rzeczywiście wtedy w ogóle funkcjonowało coś takiego jak pisanie tekstów. Natomiast przy tej płycie w ogóle tak nie było. Chodzi mi o to, że przez ten szereg lat, kiedy nic nie tworzyłem, zrozumiałem, że jeśli ufasz sobie i swoim umiejętnościom, to na koniec dnia przestajesz już produkować to, co robisz; a stajesz się pryzmatem, który rozświetla treści w sposób, w którym potrafisz tego dokonać.

W związku z tym niektórzy mogli myśleć, że będę musiał pracować warsztatowo, bo np. jest to zupełnie nowoczesna muzyka. Po prostu zjawisko nieświadomości zbiorowej podyktowało mi, co chcę tworzyć w czasie rzeczywistym. Po raz pierwszy robiłem płytę w czasie rzeczywistym w studio. Dzięki tej młodzieży, z którą nagrywałem, nauczyłem się, że mogę tworzyć, zmieniać dosłownie z telefonu. W związku z tym nie ma czegoś takiego, że przyniosłem coś w zeszycie, co dopiero przelałem w studio; bądź najpierw zrobiłem muzykę, a dopiero później pisałem tekst. Nie. To była spontaniczna działalność uwspółcześniona nawet w formie, jakiej powstawała. Dało to połączenie telefonu z pisaniem rymów z małolatami w studio.

fot. 13kasta/Instagram

Jakie jeszcze są różnice w związku z tworzeniem sprzed kilkoma laty, a w dzisiejszych czasach?

– Zazwyczaj wchodziłem do studia z gotowym materiałem, który był okiełznany planem filozoficznym, który był od dawien dawna napisany w zeszytach. Miałem mnogość tekstów, które – jak się okazywało – w dodatku w większości były dopasowane stylistycznie do gatunku bitu, do którego miałem stworzyć konkretne pejzaże. A jak jest teraz? Nie mam pojęcia, jaki kawałek wybierze mój interlokutor, który jest np. dwudziestojednoletni. A to, który wybierze, determinuje wybór tematyki, która będzie nam przyświecać.

Chociaż w sumie nawet tego nie robiliśmy, gdyż uważam, że generalnie, jeżeli ja powiem prawdę i on mi odpowie prawdą, to generalnie nie rozminiemy się z prawdą. Jak już mówisz prawdę, to niczego nie musisz pamiętać z tekstu. W zaistniałej sytuacji powstaje numer, który zawiera rymy pisane w telefonie, a godzinę później on już jest gotowy. Kiedyś nazwałbym to freestyle’m studyjnym.

Motyw pokazywania ulicy stał się szalenie rozpoznawalny po pierw książce Jakuba Żulczyka, a później serialu o tym samym tytule, czyli „Ślepnąc od świateł”. Dość powiedzieć, że w tamtych utworach wyłania nam się charakterystyczny, klarowny obraz. W Twoim albumie spotkamy się z podobną wizją ulicy, a może z przeciwieństwem odnośnie do tego, co już znamy?

– Wciąż opowiadam o niej we własnej osobie. Nawet kiedy wypowiadam się jako obserwator, czyli korzystam z innego rodzaju mówienia o ulicznej rzeczywistości, to dokonuję tego tylko z uwagi na swoje bezpieczeństwo. Po prostu zawsze lepiej jest powiedzieć, że widziałem pewne rzeczy, aniżeli że je robiłem. Dzięki temu zostawiam Wam zagadkę pt. czy opisuję rzeczywistość zastaną, obserwowaną, czy tę, którą już bardzo dobrze znam. Natomiast mogę się przyznać, bo jesteś inteligentnym interlokutorem, że na tym albumie przyjmuję postawę mesjańsko-mentorską. Moim zadaniem generalnie jest powiedzieć, że: „Byłem tam, widziałem to” i chyba że „Wy z tego młodszego pokolenia wcale nie chcielibyście tam być”.

Nie dlatego tak sądzę, że młodsze pokolenie to „słabsze, głupsze”, jak się chętnie mówi, tylko dlatego, że nie rozumiem, dlaczego powielacie te same błędy, przez które odprowadziłem więcej kolegów, niż Ty znasz dilerów. Dlatego, że generalnie robiłem rzeczy, które nie przynoszą mi dumy, a Ty z jakichś powodów odczuwasz chlubę, robiąc je i szereg innych inklinacji, które powodują, że raczej opowiadam jak starszy brat, który próbuje Cię przestrzec przed tym, jakie prawa rządzą środowiskiem, do którego rzekomo przynależę.

Słuchając Cię, zastanawiam się, w jakiej rzeczywistości żyje Waldemar Kasta zarówno twórca, jak i osobowość?

– Jako twórca sprowadziłem się na ulicę, którą nie żyję już tak, jak kiedyś. W ogóle nie jestem już ulicznikiem. Jestem ojcem, pracuję, a w dodatku wszyscy wiedzą gdzie, więc łatwo jest wszystkim domyślić się, że nie jestem już np. ćpunem z dworca, złodziejem, dilerem; a to dlatego, że stać mnie na to, żeby nim nie być.

Po drugie mam czterdzieści pięć lat, a nie dwadzieścia jeden, co w związku z tym oznacza, że jak sądzisz, nie chcę się ze wszystkimi bić, bluzgać, bo wyrosłem z szeregu rzeczy, które są charakterystyczne dla tych, którzy są przeładowani testosteronem. W zasadzie to w moim wieku się go już suplementuje… (śmiech) Jestem bezwstydny, jak coś; ale prawda jest taka, że testosteron, jak i hormon wzrostu zaczyna opadać po dwudziestym piątym roku życia, a umówmy się, że w Stanach Zjednoczonych dla tych, którzy osiągają czterdzieści pięć lat, istnieje coś takiego, jak terapia hormonalna, a w Polsce wciąż jest nielegalna – znaczy, musisz wykazać, że tam czegoś Ci brakuje.

Dlatego też myślę, że możemy się umówić, że jest to jednoznaczne z tym że zbiega się mądrość życiowa z doświadczeniem z coraz mniejszą butą, a coraz większą pokorą. To jest przywilej wieku, tego, co przeżywasz jako dorosły mężczyzna. W związku z tym umówmy się, że Waldek czterdziestopięcioletni jest w zupełnie innym miejscu, niż dwudziestoletni.

fot. 13kasta/Instagram

Mimo tego, że jak wspominasz, będzie to płyta inna niż poprzednie, to odnoszę wrażenie, że nadal tak samo charakterna.

– Na pewno nie będzie to muzyka łatwa, lekka i przyjemna. Wydaje mi się, że ja nawet nie potrafię takiej zrobić. W związku z tym, gdybym umiał, to być może, bym się o taką pokusił. Natomiast jako muzyk jestem kimś zupełnie innym niż jako Waldek. Tylko że to nie jest tak, że „zagrałem kogoś, bo pamiętam, jak to było”, tylko po pierwsze: faktycznie pamiętam, a po drugie: idąc ulicą mam podniesioną brodę, a to nie to samo, co podniesiony nos.

Po prostu wciąż ktoś mnie pozdrawia, wciąż ktoś mnie szanuje, wciąż wiem, co w trawie piszczy. Natomiast dawno już nie żyję tymi wydarzeniami. I dlatego też tym bardziej czuję się w obowiązku, by nakreślić komuś, że ciągłe epatowanie tym, że chcielibyśmy mieć gang, oprócz pewnych inklinacji, niesie ze sobą pewne konsekwencje.

Podstawową z nich jest gderanie Twojego, czy też mojego starego dwie generacje temu, że w zasadzie na koniec dnia, jak zachoruje Ci córka, żona, zemrze Ci ojciec albo matka, to przez przypadek może się okazać, że z Twojego gangu dziewiętnastolatków połowa nie żyje, a druga połowa siedzi w więzieniu; a Ty nadal żyjesz i borykasz się z problemami życia codziennego. I najczęściej tego gangu już wtedy nie ma.

Nie chcę bazować na samej Ekipie Friza, lecz bez tego tak wyrazistego przykładu chyba nie da się dziś nie poruszyć tematu tego, jak łatwo tworzyć dziś: zespół, ekipę, gang, rodzinę, która koniec końców się rozpada. W końcu to oni w ostatnich latach najwyraziściej przedstawili nam potwierdzenie tej tezy.

– Oni generalnie wychodzili z innego kryterium. Jeżeli ekwiwalentem współczesnej popularności w postaci monety jest pokemon Pikachu, którego tam klikają, to oni byli celebrytami, którzy składali się na produkt, który w założeniu miał być coraz szerszy. Natomiast w środowisku muzyki już dawno możemy powiedzieć, że żyjemy w erze indywidualistów. Już od dawna nikt nie chce się działkować ani na pieniądze, ani na menedżerów, kontrakty reklamowe.

W związku z tym od dawna towarzyszy nam już taki klasyczny egocentryzm. Nie ma K.A.S.T.A Squadu etc. Jest tak dlatego ponieważ byliśmy ostatnim pokoleniem ludzi, które walczyło o to, by czuć, że jest się kimś więcej w grupie. To tak jak z zasadą związków zawodowych, tj. że: jak będziemy się reprezentować szerszą falą, będziemy mieli większy nacisk na swojego pracodawcę.

Dziś już od dawna żyjemy w kulturze, gdzie liczy się tylko ja, ja, ja i zagarnianie do siebie. Dzięki temu Friz stworzył potwora na początku, którego był beneficjentem, a na koniec każdy z nich zaczął uprawiać rozdawnictwo emocjonalne. Kiedy już się pojawiły pieniądze, to każdy chciał zagrabić jak najwięcej do siebie. Oznacza to, że coraz częściej będziemy świadkami, jak kra będzie się odrywać i odpływać czym dalej od swojego wierzchołka.

Moim zdaniem po prostu zbyt szybko kilkoro dobrych znajomych, tudzież nawet przyjaciół z miejsca zaczyna mówić, że tworzą: team, skład, rodzinę. To są słowa szalenie wiążące i ważące od odpowiedzialności.

– Po ćwierćwieczu nasuwają się zgoła odmienne wnioski. Oczywiste jest, że nie żałuję tego, bo do dziś mam przyjaciół, z którymi przed laty uprawiałem proceder uliczny i z nimi dalej wiążą mnie inklinacje gangowo-kastowe. Mam na myśli to, jak silne jest zaufanie, które zdążyło się wytworzyć na przestrzeni lat w przeróżnych sytuacjach.

Natomiast dawno już nie jestem tym, który wierzy, że stoi za mną stu chłopów, którzy oddadzą za mnie życie, ponieważ znam je już z zupełnie innej strony. Po dwudziestu latach, kiedy zerkam na tego młodego bandziorka, jestem w zupełnie innym miejscu. Po prostu wiem, że generalnie, kiedy potrzebowałem pomocy, to znajdowałem ją zgoła gdzieindziej lub musiałem wygenerować w sobie tyle mocy, żeby być w stanie uruchomić swoje syzyfowe prace. Z perspektywy czterdziestopięciolatka te rzeczy wydają się już infantylne.

Co nie zmienia faktu, że wiem, że do dziś mam kilku takich, którzy wystarczą, że usłyszą gwizd i się zjawią. Tylko generalnie moje postrzeganie tego tematu znacząco się zmieniło.

Join Our Newsletter!

Love Daynight? We love to tell you about our new stuff. Subscribe to newsletter!

You may also read!

Ocean, łagry, miłość i przemoc! Na podstawie najnowszej powieści Szczepana Twardocha właśnie powstała superprodukcja audio. W rolach głównych Bartłomiej Topa i Szczepan Twardoch.

Miesiąc po premierze papierowej edycji Chołodu na rynku wydawniczym ukazuje się produkcja audio, w której główną rolę obok Bartłomieja Topy zagrał Szczepan

Read More...

Black Week w Audiotece – tysiące audiobooków w promocyjnych cenach

Audioteka, w ramach tegorocznego Black Friday, przygotowała dla swoich klientów aż tydzień obniżek. Black Week w Audiotece to tysiące audiobooków dostępnych z

Read More...

Wszyscy czekali na taki film Stevena Spielberga” – tak o „Fabelmanach” piszą krytycy na całym świecie. Film w polskich kinach od 30 grudnia, już od dziś w wybranych kinach pokazy specjalne.

Czy „Fabelmanowie” Stevena Spielberga zrobią wielkie zamieszanie podczas Oscarów – dowiemy się dokładnie za dwa miesiące! Już 30 grudnia

Read More...

Leave a reply:

Your email address will not be published.

Mobile Sliding Menu