#wtonacjirozmowy: Adrianna Rozbicka: Ludziom zawsze czegoś brakuje, taka nasza natura

In Literatura, Wywiady

–  Pewnych chorób nie da się wyleczyć. Rany się zabliźniają, ale jak wiemy, potrafią boleć do końca życia w sensie przenośnym, jaki realnym, fizycznym. Również ból fantomowy przypomina nam o „utraconym elemencie” – mówi serwisowi wtonacjikultury.pl Adrianna Rozbicka, która jest autorką powieści „Utracony element”.

fot. Wydawnictwo MOVA

Kamil Piłaszewicz: Tym razem w serii #wtonacjirozmowy gościmy Adriannę Rozbicką, a porozmawiamy o jej „Utraconym elemencie”. Jednak zanim do tego dojdzie, być może jest jakiegoś typu element, który chciałaby pani mieć np. w swoim warsztacie, życiu, relacjach itp., a jest właśnie utracony, bądź może, kiedy był, a teraz już go nie ma, a chciałaby pani, by wrócił?

Adrianna Rozbicka: Wierzę, że w pewnym sensie rodzimy się kompletni. Edukacja, wychowanie, życie w schematyzowanym społeczeństwie, ogrom reguł, które są w nas wpajane od pierwszych lat życia, a później utrwalane systematyczne, często odbierają nam prawdę o nas samych. Na tych etapach tracimy prawdziwą tożsamość. Nie mówię, że to jest złe. Myślę, po prostu, że kiedyś łatwiej było o autentyczność. Dziś żyjemy na wielkiej scenie.

Moim jedynym utraconym elementem jest czas, którego nie wykorzystałam lub/i nie wykorzystałam dostatecznie.

Jak zapatruje się pani na mą tezę, że nie możemy mówić o ludziach w pełni spełnionych, tylko takich, którym do tego spełnienia brakuje raz większych, a raz mniejszych cząstek czegoś?

– Ludziom zawsze czegoś brakuje. Taka jest nasza natura. Odczuwamy wieczny brak, nostalgię, niedostatek, potrzebę poszukiwania. Współczesne czasy pogłębiają anhedonię, bo przecież mamy dostęp praktycznie do wszystkiego. A jednak to nie wystarczy. I może w tym właśnie tkwi problem.

Samym wspomnianym zagadnieniom i ich definicjom poświęcono już nie jedną pracę naukową. Dlatego też skupiając się z powrotem na pani, jakich rozmiarów jest teraz ten, może nie tyle brak, ile swego rodzaju niedosyt, niespełnienie?

– Ależ ja się spełniam. Dzień po dniu, w moim tempie i na swój, czasem specyficzny sposób. Staram się być koherentna. Dla mnie najważniejsze jest, aby być w zgodzie ze sobą.

fot. archiwum własne

Największy był wtedy, kiedy Adrianna Rozbicka wyjechała do Włoch i poniekąd została zmuszona przez okoliczności do tego, by nauczyć się nowego języka, kultury, obyczajów?

– Przeprowadzka do Włoch dokonywała się we mnie latami. Potem zadecydowały okoliczności. Takie, na które prawdopodobnie podświadomie miałam wpływ. Nigdy nie rozpatrywałam wyjazdu w kategoriach utraty, a raczej zamknięcia pewnego rozdziału w życiu. Języka zawsze chciałam się nauczyć. Możemy to rozpatrywać w formie „przeznaczenia”. Mieszkałam przy ul. Wilczej w Warszawie. Na podwórku był trzepak, dwa śmietniki i murek. I czasem na tym murku ludzie kładli książki. Dziwne to były czasy.

Sumienie nie pozwalało wyrzucać książek do śmieci, a wychowanie pewnie, zanosić do placówek, które mogłyby je efektywnie spożytkować. W każdym razie ja zawsze przeglądałam leżące na murku książki. I raz przygarnęłam podręcznik do języka włoskiego z 1972 roku. Tak się zaczęła moja droga w kierunku Włoch. Przeprowadziłam się dopiero wiele, wiele lat później, ale podręcznik z murka mam tu ze sobą do dziś.

Jaki towarzyszył pani stan emocjonalny w momencie chwycenia w dłoń fizycznej formy tej powieści?

– Supernova wybuchła w moim brzuchu!  Hahahahaha!

W jakim stopniu można go porównywać z tym, kiedy pierwszy raz zetknęła się pani w identyczny sposób z „Uwerturą”?

– To tak, jakby porównywać pierwszy raz na tylnym siedzeniu auta, a kolację przy świecach i wyrafinowany „deser” na jej zakończenie. Między wyjściem „Uwertury” i „Utraconego elementu” minęły trzy lata. To dużo. Napisałam dopiero dwie książki, ale to, co wydarzyło się we mnie i na papierze przede mną w tym czasie, jest zaskakujące. Nie zamierzam przyklejać się do żadnego gatunku.

Chociaż raczej wykluczam możliwość pisania fantastyki, fantasy, czy klasycznych kryminałów. Nie przepadam też za sagami. To, co z pewnością będzie towarzyszyć mojemu pisaniu, to grzebanie w moich zainteresowaniach, dotykanie trudnych i ciekawych tematów, potykanie się o własne emocje i z pewnością będę zaskakiwać. Sama nie wiem, czego się po sobie do końca spodziewać! (śmiech) Moje pisanie zaskakuje mnie samą.

Swoją drogą, to jakkolwiek można te chwile, stany zestawiać ze sobą w jakichkolwiek kategoriach?

– Nie, nie  można. Lubię Arystotelesa, ale nie znoszę uprzedmiotawiania, a przydzielanie do kategorii właśnie z tym mi się kojarzy. Jeśli ludzki mózg składa się ze 100 miliardów neuronów, a każdy z nich może tworzyć synapsy z 10 tysiącami innych, a DNA każdego z nas jest inne, a jest nas w tej chwili około 8 miliardów, to jak można w takiej różnorodności przydzielać kategorie? Można. W porządku. Jak się uprzeć.

Jednak czy to konieczne? Czy wszystko musi być za metkowane, usystematyzowane, skategoryzowane? W medycynie i nauce to przydatne narzędzie, ale w sztuce, a zwłaszcza, gdy mowa o uczuciach i emocjach, dla mnie nie mam miejsca dla kategorii, bo są one niczym barwy powstałe w wyniku zmieszania dziesiątek innych barw. Po prostu nie da się dokładnie określić ich koloru. Te chwile, te stany są ulotne, a to, co ulotne jest również eteryczne, tymczasowe.

Skupiając się już w zupełności na „Utraconym elemencie”, to dlaczego kryje ona, w metaforyczny sposób przekazuje informacje o wielu brakujących cząstkach, nie tylko tych, które składają się na końcowe losy bohaterów?

– Cały czas i wynika to z indywidualności. My, nasze życie, to takie puzzle. Układamy je, ale nie zawsze nam to dobrze idzie. Czasem po prostu brakuje jednego elementu. I odnosi się to do każdej sfery życia. Mam na myśli to, co mówił pan wcześniej o spełnieniu. Nie wszystkim udaje się ułożyć swoje puzzle.

fot. archiwum własne

„Trzy różne osoby, trzy historie, trzy rzeczywistości. I łączący je przedmiot: czarne pudełko” – tak brzmi pierwsze zdanie od góry na tylnej okładce. Jak autorka odpowie na mój argument, że już ono zapowiada nam świat, przynajmniej wybranych bohaterów, który w pewien sposób zawęża się wyłącznie do wspomnianego przedmiotu?

– Żeby w pełni odpowiedzieć na to pytanie, musiałabym spojlerować powieść… (śmiech) Zatem powiem tylko: Czyż nasze życie zawsze nie zawęża się do jakiegoś „czarnego pudełka”?

To, że sięgając po tę pozycję, spotykamy się z hermetycznym, mrocznym światem i identycznymi relacjami międzyludzkimi, to wiemy. Jednak czego jeszcze dowiemy się dzięki lekturze, a o czym do tej pory nie miała pani okazji opowiadać?

– Aby to odkryć, trzeba dobrnąć do ostatniej strony. Zamysłem było, aby sposób, w jaki powieść została napisana, czyli zmienne narracje, przeskoki w czasie i różne perspektywy, oddał konfuzję ludzkiego umysłu. Tak, by czytelnik przez moment był tym umysłem; aby poczuł się zdezorientowany, jak bohater, a kiedy tak się stanie, dalsza część powieści będzie jego indywidualnym procesem myślowym. Stąd dość nietypowe zakończenie.

W jaki sposób autorka konstruuje taki krajobraz świata?

– Poprzez pryzmat pewnych spostrzeżeń.  Jestem osobą empatyczną, o dość sporym bagażu doświadczeń i wybujałej wyobraźni. Chyba każdy autor bazuje na podobnych zasobach i z nich czerpie. Dochodzi research, ciekawość, pasja i żmudna praca. Ja wrzucam to wszystko do shakera i mocno potrząsam.

O ile on jest prawdziwy, a o ile odwołuje się do zagadnienia, które brzmi: „fikcja literacka”?

– W fikcji literackiej dużo jest prawdy, a w prawdzie cała masa fikcji. Co to właściwie jest prawda?

Kiedy czytałem „Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka, to przyznaję, że były momenty, kiedy myślałem, że autor wciela się w postać młodego Kuby, który tak sobie wyobraża ciemną stronę miasta. Jednak późniejsze jego wywiady, opowiadania na spotkaniach autorskich przekonały mnie do tego, że to my, ludzie konstruujemy rożne światy, często przenikające się ze sobą. Dlaczego tak się dzieje?

– Myślę, że na drodze poszukiwań dzieją się ciekawe rzeczy. A my chcemy, żeby było ciekawie. I tak Pani X w domu jest cudowną, ciepłą mamą i żoną, w pracy apodyktyczną szefową, a w wyobraźni wesołą prostytutką. I gdyby to nie wystarczyło, to jeszcze są książki.

Być może, posługując się pani słowami z „Utraconego elementu” i lekko je modyfikując, możemy powiedzieć w tym miejscu, że „Czas nie leczy ran, świata, relacji, a jedynie sprzyja przyzwyczajeniu, sile obronnej człowieka”?

– Najkrócej mówiąc, pewnych chorób nie da się wyleczyć. Rany się zabliźniają, ale jak wiemy, potrafią boleć do końca życia w sensie przenośnym, jaki realnym, fizycznym. Również ból fantomowy przypomina nam o „utraconym elemencie”.  Przyzwyczajenie jest znieczuleniem, które serwuje nam upływający czas. Mogłabym zaaplikować powyższe słowa do mnóstwa kwestii.  Alkoholik zawsze będzie alkoholikiem i nie zawróci się rozlanego mleka do szklanki, czy butelki.

Przed czym przestrzega „Utracony element”?

– Ta powieść nie przestrzega, ona opowiada. Czasem mamy większy wybór, a czasem mniejszy, ale nie zawsze go dokonujemy. Jak to ma miejsce w przypadku Konstantyna – głównego bohatera. Również doktor Castellani podejmuje swoje decyzje bez względu na konsekwencje. Historia każdej z postaci uświadamia nam jedno – w życiu nigdy nie ma pewności.

A przed czym chciałaby tego dokonać sama autorka, adresując słowa do tych, którzy zamierzają sięgnąć po tę pozycję po naszej rozmowie?

– Nie mam zwyczaju udzielania przestróg. Czasem doradzam. Odpowiadam na pytania. Często milczę, a najchętniej piszę. Książka nie jest dla leniwego czytelnika i nie należy do lekkiej rozrywki. Może się podobać albo nie, ale na pewno czytelnik nie straci czasu, a być może poza zaskoczeniem odkryje własny „Utracony element”.

Join Our Newsletter!

Love Daynight? We love to tell you about our new stuff. Subscribe to newsletter!

You may also read!

10 grudnia startuje 16. AfryKamera!

Tegoroczna edycja AfryKamery to kino artystyczne i gatunkowe, krótkie metraże, a także spotkania z gośćmi i energetyczne koncerty. W  programie znalazły się

Read More...

#wtonacjipromocji: „hTraE 2120 – Lekcja”, czyli bliska fikcyjność

Tym razem w serii tekstów promocyjnych przedstawiamy Wam najnowszą powieść Małgorzaty Rogalskiej. Autorka udowodniła, że mimo prezentacji życia na

Read More...

“W 80 dni dookoła świata” – film twórców „Epoki lodowcowej 2” w kinach od 25 grudnia!

To pierwsza animowana i pełnometrażowa adaptacja powieści Juliusza Verne’a. W postać Willy’ego Fogga wcielał się już Pierce Brosnan i

Read More...

Leave a reply:

Your email address will not be published.

Mobile Sliding Menu