Dwa lata temu poczyniłam szersze rozważania na ten temat, a miało to miejsce po obejrzeniu przeze mnie (po raz kolejny, ale z większą uważnością) serialu Breaking Bad. Jak to jest, że to moralnie złe postaci częściej zyskują naszą sympatię, niż te dobre?
Pierwsze wnioski
Już otwierając Netflix, wpadłam na pierwszy wniosek i od niego zaczniemy. Ile seriali, pojawiających się na głównej stronie to seriale o dobrych postaciach, o policjantach służących społecznemu porządkowi, o lekarzach, którzy pełnią funkcję strażników zdrowia? Bez zachodzenia w szczegóły i oglądania każdego z nich – jest ich mało. Najchętniej oglądamy seriale, w których głównymi bohaterami są osoby moralnie zepsute czy „moralnie nadgniłe”.
Pierwiastek zła w każdym z nas
Prawdą jest, że w każdym z nas, nawet w największym altruiście, drzemie przynajmniej ziarenko zła. Nie zawsze się ujawnia, czasami czeka na odpowiedni moment, żeby eksplodować, ale ogólnie — w każdym z nas jakaś odrobina zła drzemie. Czy zatem oglądanie seriali o antybohaterach i sympatyzowanie z nimi jest przejawem tego zła? Wydaje mi się, że jest to dużo bardziej złożona kwestia.
Powrót do przeszłości
W starszych produkcjach zawsze musiał być ten dobry i ten zły np. Luke i Lord Vader. Współcześnie odchodzi się od tego, bo widzów zaczęło nudzić oglądanie dobra i zła wojującego ze sobą przez cały czas. Dużo ciekawsze stało się przedstawianie złych postaci jako głównych bohaterów.
Psycholog, dr Lucyna Kirwil uważa, że: „Przede wszystkim, oglądając ich, cieszymy się, że to nie jesteśmy my. Zdajemy sobie sprawę, że inni ludzie bywają nieraz bardzo źli, podatni na skrzywienia – ale sami lubimy myśleć, że nas osobiście to nie dotyczy”.
A co można powiedzieć o Breaking Bad?
W odcinku pilotażowym poznajemy mężczyznę, który wiedzie spokojne życie jako nauczyciel chemii w amerykańskim liceum. Należy do klasy średniej, wiąże koniec z końcem. Jest to zwykły, szary człowiek, który nagle dowiaduje się, że jest chory na raka płuc w ciężkim stadium. Obserwujemy na ekranie przemianę bohatera ze zwykłego, szarego człowieka w barona narkotykowego. Przemiana ta zachodzi pod wpływem trudnej życiowej sytuacji, w jakiej znaleźć mógłby się każdy z nas.
Producenci pokazują na ekranie degrengoladę bohatera, a widz może to oglądać. Dr Kirwil nazywa tę sytuację efektem trzeciej osoby. Obserwujemy losy antybohatera i wydaje nam się, że nie moglibyśmy dopuścić się takich czynów. Jesteśmy niemalże nietykalni dla losu, bo siedzimy w domowym zaciszu.
Jednocześnie, producenci budują w nas swego rodzaju współczucie. Ukazując bohatera jako zwykłego człowieka, wpływają na naszą podświadomość. Akceptujemy wybory bohatera, chociaż doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że są moralnie i prawnie złe. Ten fenomen bierze się z tego, że podświadomie wiemy, że taka sytuacja teoretycznie mogłaby nas spotkać.
Choć pozornie możemy zakładać, że nie zachowalibyśmy się jak Walter White, to tak naprawdę nie wiemy, czy będąc postawionymi pod murem, nie zrobilibyśmy czegoś podobnego, czy na podobnym poziomie zła moralnego. Nie wiemy i ta niewiedza budzi w nas jeszcze większą ciekawość.
Człowieka zawsze ciągnie do tego, co nieznane, czasem nawet złe. W języku polskim istnieje nawet takie powiedzenie, że ,,zakazany owoc smakuje najlepiej”. Możemy tylko rozważać, czy postąpilibyśmy tak czy inaczej, bo do momentu, gdy nie staniemy przed wyborem – nie dowiemy się tego.

Wielowymiarowość
Takie seriale skłaniają też do różnego rodzaju rozważań natury psychologicznej i moralnej. Producenci przemycają po cichu dużo dobrych cech do kreacji antybohatera. W „Breaking Bad” Walter White to postać podzielona na pół. Z jednej strony ojciec, mąż, nauczyciel chemii, człowiek ciężko chory. Z drugiej strony jest jednak bezwzględny baron narkotykowy, którego nie zatrzymuje konieczność zabicia człowieka.
Przez takie zestawienie odbiorcy dużo łatwiej jest zauważyć wewnętrzną przemianę. Działa to na zasadzie przeciągania liny, bo odbiorca łatwiej może przez to dostrzegać, która strona bohatera (zła lub dobra) triumfuje w danej chwili. Dodatkowo ukazywanie dobrej strony służy przekonaniu widza, że antagonista robi coś w słusznej sprawie. Ta wielowymiarowość postaci będzie oglądała się bardzo dobrze jeszcze przez wiele lat, jeśli nie zawsze.
Prostolinijne charaktery, gdzie wiemy cały czas, że ktoś jest dobry albo zły — nie są tak ciekawe i nie mają szansy wywołać takiego skoku adrenaliny w najmniej spodziewanym momencie, jak antybohater, który jest złożonym charakterem.
Serialowa wolność
W serialu wszystko jest możliwe. Walter White ma szwagra pracującego w wydziale antynarkotykowym, odnoszącego w nim sukcesy. I bez problemu udaje mu się utrzymać przez kilka sezonów swój narkobiznes. Zastanówmy się, jaka szansa jest na to, że w prawdziwym życiu nasz antybohater miałby tyle szczęścia? Szanse obiektywnie są niewielkie.
Na ekranie jest to oczywiście możliwe, bo aktorzy grają role zaplanowane odgórnie przez producentów. Nie muszą zważać na umowy społeczne czy prawo, bo sytuacja nie dzieje się naprawdę i nie zostaną za to ukarani. Dla widza jest to swego rodzaju odskocznia od codzienności, zapomnienie na te kilkadziesiąt minut trwania odcinka o sprawach przyziemnych.
Uwielbiamy jako widzowie oglądać i wczuwać się w tę łatwość życia i szczęście dopisujące postaciom. Szwagier Waltera White’a trafia na ślad laboratorium narkotykowego? Nagle wszystko znika, nie są pozostawione żadne ślady, odciski palców. Nie działa tu żadna przypadkowość, wszystko jest idealnie zaplanowane i dzieje się zgodnie z tym planem. W życiu codziennym coś takiego nie miałoby prawa bytu.
Nie tylko historia Waltera White’a
Kwestię serialowej wolności widać nie tylko w “Breaking Bad”, ale też np. w “Money Heist”. Napad na mennicę, czy przetrzymywanie zakładników… Tutaj raczej nie byłoby mowy o tak pokojowych negocjacjach prowadzonych przez policję, niczym dziecko z rodzicem, negocjujące kupno nowej zabawki. W takiej sytuacji byłyby stanowcze działania. W serialu tego nie ma, bo przecież to po prostu ma się dobrze oglądać.
Wystarcza nam oglądanie Waltera White’a, który unika konsekwencji prawnych i rozwija swój narkotykowy biznes. Dostateczne jest też to, że Dr House obraża pacjentów i wszystkich dookoła, ale jednocześnie leczy skomplikowane schorzenia i wpada na genialne, medyczne wnioski. Wystarcza nam, że przez trzy sezony Profesor i jego ekipa unikają konsekwencji za napad na mennicę hiszpańską. Taka wolność realizuje naszą potrzebę odczuwania „szerszej” wolności bez zachodzenia w ekstrema.
Ciekawość to nie pierwszy stopień do piekła
Przeciętnej osobie obcy jest świat związany z narkotykową mafią, morderstwami, silnym buntem wobec norm prawnych i moralnych. Dr Kirwil mówi nawet o tym, że: „Ludzie oglądają filmy o psychopatach z tego samego powodu, co gapią się na samobójcę, stojącego na krawędzi dachu. To jest dla nas po prostu ciekawe – oglądać świat, jakiego nie znamy”.
Fakt, człowiek to z natury ciekawska istota, a to, co nieznane, zakazane, jest zawsze czymś ciekawym. Na szczęście, większości z nas brak odwagi do dokonania takich czynów w rzeczywistości, mamy często zbyt wiele do stracenia, a świadomość grożącego dożywocia czy innych prawnych konsekwencji skutecznie odstrasza od takiej degrengolady. Właśnie tutaj z pomocą przychodzą nam seriale i filmy, dzięki którym możemy zaspokoić jakiś pierwiastek tej ciekawości.
Oglądając na ekranie wyreżyserowane sceny z poziomu kanapy, nie popełniamy przestępstw i jesteśmy bezpieczni. Zaspokojenie ciekawości współgra z poczuciem bezpieczeństwa. Czego chcieć więcej?
Negatywne strony i zdanie nauki
Poruszając to zjawisko – trzeba wspomnieć też o negatywnych jego stronach. Oglądanie wydaje się niewinną czynnością, ale może mieć negatywny wpływ na pewne grupy wiekowe. Według dr Kirwil ewentualny wpływ może odczuwać głównie płeć męska w wieku 15-25 lat, ale tylko jeśli ich rozwój emocjonalny nie przebiegł na jakimś etapie poprawnie. Ciężko zatem wykluczyć, że jakiś serial nie wpłynie na pewną osobę do takiego stopnia, że zacznie popełniać zbrodnie czy inne przestępstwa podobne do ulubionego bohatera.
Zabrzmiało to strasznie, ale biorąc pod uwagę kontekst, robi się spokojniej. Na ekranie nie przewija się tylko jeden antybohater, ale cała ich masa. Z reguły nie ostajemy przy jednym serialu i nie oglądamy go w pętli. Jest wręcz odwrotnie, bo osoby je lubiące, oglądają ich sporo.
Doktor mówi o tym w ten sposób, że taka mnogość antybohaterów na ekranie daje swego rodzaju efekt rozcieńczenia ich wpływu. Trochę jak sok malinowy z wodą — bez niej jest bardzo słodki (gdybyśmy oglądali tylko jednego antybohatera, wpływ byłby znacznie większy), ale jeśli rozcieńczymy go w wodzie (mnogość różnych antybohaterów w różnym kontekście fabularnym), to nie jest już tak słodki, więc nie wpływa na nas tak bardzo.
Mamy do wyboru mnóstwo charakterów, z jakimi moglibyśmy się utożsamiać, ale ratuje nas wrodzone lenistwo. Niechętnie porywamy się na tak zaawansowany wysiłek poznawczy, żeby utożsamiać się z jedną postacią (w sposób dokładny i odwzorowany), skoro obok jest ich cała masa. W efekcie oglądanie antybohaterów nie jest tak wpływowe.

Podsumowanie
W kreacji antybohatera jest wiele wątków, więc zdecydowanie wielowątkowość i wieloaspektowość są istotą popularności zła na ekranie. Pociąga nas spryt i inteligencja bohatera, lubimy brak prostolinijności w fabule. Widzowie odchodzą już od oglądania tysięcznych odcinków serialu typu „tasiemiec”, na rzecz oglądania czegoś złożonego psychologicznie. Czegoś co pozwoli na rozmyślania egzystencjalne.
Staje się to w pewnym sensie doskonalszą formą odpoczynku intelektualnego. Czy oglądanie takich seriali jest przejawem drzemiącego w nas zła — i tak i nie. Ludzki charakter, tak jak kreacja antybohatera, jest niezwykle złożony i nieodkryty. Możliwość porównania się z kimś złym, pozwala na swego rodzaju polemikę ze samym sobą. Pozwala na spojrzenie na tę postać jak na zwierciadło, co jest niejako rozrywką i terapią w jednym.









