#wtonacjirozmowy: Jola Tubielewicz: Czuję się muzycznie bardziej zdefiniowana

In Muzyka, Wywiady

– Myślę, że my jako ludzie jesteśmy niezwykle barwni, w naszych duszach istnieją wielobarwne palety emocji, odczuć, myśli – mówi serwisowi wtonacjikultury.pl Jola Tubielewicz, która 18 lutego święciła premierę swej debiutanckiej płyty.

fot. Emilia Radzimowska – Photowonderland.no

Kamil Piłaszewicz: „Jola Tubielewicz” – tak brzmi imię i nazwisko gościa serii #wtonacjirozmowy, a także tytuł Twojej debiutanckiej płyty. Dlaczego tak?

Jola Tubielewicz: A dlaczego nie? (śmiech) Myślę, że nie jestem w tym względzie szczególnie oryginalna. Dziewięćdziesiąt procent debiutujących artystów sygnuje płytę swoim imieniem i nazwiskiem.

Niemalże zawsze, kiedy autor sygnuje swoją płytę, książkę własnymi danymi, pojawia się temat zaspokajania ego i jego alter ego. O ile te rozważania mają sens bytu w przypadku wokalistki z Białogardu?

Przede wszystkim marzyłam o tym, by móc podzielić się ze słuchaczami moją muzyczną wrażliwością. Droga do wydania przeze mnie debiutanckiego albumu była dość długa i kręta. Śmiało mogę powiedzieć, że Jola Tubielewicz długo walczyła o spełnienie jednego ze swoich największych pragnień. Uznałam zatem, że to chyba najlepszy tytuł dla tej płyty.

Po prostu ja, z całym bagażem muzycznych doświadczeń, z całą moją miłością do muzyki. Jeśli natomiast chodzi o zaspokajanie mojego „muzycznego ego”, to na tej płycie zdecydowanie się to wydarzyło. Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że jeden z czołowych polskich gitarzystów skomponuje utwory na mój krążek, to z pewnością bym w to nie uwierzyła. Dlatego dziś jestem niesamowicie dumna, że ktoś taki jak Grzegorz Skawiński zechciał ze mną współpracować. Przy produkcji albumu miałam przyjemność pracować ze znakomitymi muzykami. Gitara Skawy to nie jedyna niespodzianka. Na krążku można usłyszeć także: Waldka Tkaczyka na gitarze basowej, Adama Tkaczyka na perkusji, a za instrumenty klawiszowe odpowiada Wojtek Horny. Za realizację nagrań odpowiadał znakomity Michał Mielnik. Czy mogłabym wymarzyć sobie lepszych kompanów do współpracy? Myślę, że nie.

Przechodząc do zaspokajania mojego „alter ego” – biorąc pod uwagę warstwę muzyczną, zostało one nakarmione do syta. Kocham brzmienie żywych instrumentów. Kocham świadomość, że za brzmieniem danego instrumentu stoi człowiek, który za sprawą swojej energii, umiejętności, wrażliwości sprawił, że wydał on dźwięk. W dobie wszechobecnej elektroniki oraz automatyzacji muzyki jest to dla mnie szczególnie wyjątkowe i ważne.

fot. Emilia Radzimowska – Photowonderland.no

Słodzić, tudzież spijać sobie z dzióbków w tej rozmowie nie będziemy, ale o tym zadecydowała sama autorka wspomnianej płyty. Dlaczego? Kiedy ktoś zapowiada płytę singlem „Czarna wdowa”, to z reguły trudno mówić o czymś miłym, przyjemnym… Czy może konstruktor tych pytań właśnie wpadł w sidła zastawionej pułapki przez Jolę Tubielewicz?

Wybór singla podyktowany był bardziej względami emocjonalnymi, aniżeli merytorycznymi. „Czarna wdowa” to pierwszy utwór, do którego nagrałam wokale na płycie, stąd też mam do niej szczególny sentyment i nie doszukiwałabym się tutaj pułapek czy sideł, w które chciałabym kogokolwiek schwytać. (śmiech)

Liczne badania, w tym także sondaże, wskazują, że Polacy, jeżeli słuchają rozmowy na poważne tematy, to od razu chętniej „zaprzyjaźniają” się z poważnym traktowaniem toczącej się dyskusji, by nie powiedzieć, że popadają z miejsca w melancholijny nastrój. Dlatego przewrotnie zapytam: dlaczego „Czarna wdowa” jest barwna?

Myślę, że my jako ludzie jesteśmy niezwykle barwni, w naszych duszach istnieją wielobarwne palety emocji, odczuć, myśli. Taka jest właśnie „Czarna wdowa”, czyli wielobarwna i zagadkowa.

A jaka jest Jola Tubielewicz na początku roku 2022?

Jest przede wszystkim szczęśliwa i przepełniona radością. Spełniło się jedno z moich największych marzeń. Moja debiutancka płyta ujrzała światło dzienne, a teraz z utęsknieniem czekam na koncerty, by móc podzielić się tą radością z innymi.

Jak zmieniła się na przestrzeni lat, kiedy wystąpiła, czy to w „Szansie na sukces”, czy nagrywając muzykę do serialu takiego jak „Na krawędzi”, względem tej, która dziś trzyma w dłoni debiutancką płytę?

Na pewno jestem bardziej świadoma muzycznie, świadoma zarówno swojego głosu, jak i muzycznych pragnień. Dziś zdecydowanie wiem, czego chcę, a za co grzecznie podziękuję. Sam proces nagrywania albumu i współpraca z Grzegorzem były dla mnie niesamowicie wzbogacające. Dowiedziałam się wiele o sobie samej, przekroczyłam kilka własnych mentalnych barier. Jestem silniejsza i czuję się muzycznie bardziej zdefiniowana.

Zanim pomówimy od ogółu do szczegółu o całości, to „Czarna wdowa” od razu skojarzyła mi się z „Lewe lewe loff” Kultu. I nie mam tu na myśli doszukiwania się plagiatu, bo to by było tabloidyzowanie tej dyskusji. Mam na myśli, że kiedy rozważam, co autorka chciała przekazać, to pachnie mi to „starym” Kultem. Przypadek, czy zamierzone działanie?

Myślę, że o to należałoby zapytać autorkę tekstu. Dla mnie tekst do „Czarnej wdowy” to historia z cyklu „z życia wzięte” tylko tyle i aż tyle.

Takie porównania Ciebie peszą, czy stanowią pewien rodzaj nobilitacji?

Każde porównanie jest subiektywnym spojrzeniem jego autora i staram się nie komentować takich opinii.

fot. Emilia Radzimowska – Photowonderland.no

Oczywiście nie można jeden do jednego zestawiać twórczości zespołu założonego przez Kazika Staszewskiego i Piotra Wieteskę z Pani wykonami. Tylko zmierzam do tego, by powiedzieć, że kiedy zacząłem wyczuwać u Kazika wypalenie artystyczne, to dosłownie „z drzwiami” do pokoju weszła Jola Tubielewicz i rzuciła: „Siadajcie. Zagram”. I za to dziękuję.

Osobiście niezwykle cenię Kult i Kazika i nigdy nie wyczułam u tego artysty wypalenia artystycznego. Wręcz odwrotnie, uważam, że jest on jednym z niewielu, którzy wciąż zaskakują, nie tracąc przy tym swojej autentyczności. Takiego artysty nie da się zastąpić.

Nawiązując nieco do poprzednich pytań, a jednocześnie tocząc dyskusję, Twoje utwory są przepełnione emocjonalnymi środkami przekazu. I teraz, czy tak nastrojowo – melancholijna muzyka gra w duszy Joli Tubielewicz, czy jest przyjętą, a wcześniej zaplanowaną konwencją artystyczną?

Biorąc pod uwagę warstwę muzyczną, to powstanie kompozycji poprzedził długi proces twórczy. Był on dla mnie niesamowicie przyjemny i inspirujący i choć dziewięćdziesiąt procent kompozycji na płycie stworzył Grzegorz, to jednak jest na niej to, co mi w duszy gra.

Grzesiek nie wyciągnął gotowych utworów z szuflady, lecz napisał je specjalnie dla mnie. Bardzo długo rozmawialiśmy o muzyce. O tym, co mnie inspiruje, co w muzyce lubię a czego nie. Myślę, że na płycie można odnaleźć cały wachlarz emocji. Są na niej zarówno ballady takie jak: „Lepszy czas”, czy „Nocny pociąg” – z moją autorską muzyką, ale też bardziej żywiołowe numery takie jak „Lato w miłości”, czy „Bo nie ma jutra”. Większość tekstów na płytę napisała Marianna Skorupowska, więc nie wszystko, o czym śpiewam jest opisem moich osobistych przeżyć.

Teksty traktują jednak o relacjach międzyludzkich, o marzeniach, tęsknotach oraz nadziejach, czyli o czymś, co jest bliskie każdemu z nas. Jeśli już koniecznie chciałbyś odnaleźć moje „alter ego” w którymś z tekstów to mogę dać Ci małą wskazówkę – szczególnie bliskie są mi „Poza czasem”, czy „Nocny pociąg”.

Odkrywając Ciebie jako (nie)artystykę, a jednocześnie nie wchodząc w tematy życia prywatnego, o czym myśli Jola Tubielewicz, wchodząc do studia nagraniowego?

– Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiałam. W tym momencie liczy się tylko tu i teraz. To jest czas dla muzyki. Zazwyczaj przed nagraniami nie mogę zasnąć, wypełnia mnie radość, podekscytowanie. Jestem wtedy trochę jak tygrys w klatce. Uwielbiam ten stan. Zarówno studio, jak i koncerty to genialny katalizator emocji, chyba nic nie daje takiej przestrzeni, by mogły się one wybiegać, wyszaleć, wyszeptać.

Niegdyś Agnieszka Chylińska u Kuby Wojewódzkiego wyznała, że w jej utworach jest: „cholernie dużo bibisekcji”. Kiedy rozmawiałem z Panem Markiem Dyjakiem, wyznał mi, że często zdarza mu się płakać i na koncertach, i na próbach, gdy wykonuje następny utwór. A w jaki sposób Ty sobie radzisz z emocjami już w samym bycia w trakcie?

Z tym bywa różnie. Czasami jest to kwestia dnia, emocji, jakie akurat w nas goszczą. Dla mnie koncerty zawsze są czymś wyjątkowym, to wymiana energii pomiędzy artystą a publicznością. Przed koncertem lubię pobyć chwilę sama ze sobą, by potem utonąć w koncertowej aurze.

Tak między nami, to nigdzie nie wyjdzie; nigdzie poza Internet… (śmiech) Ile razy i kiedy autorka wspominanej debiutanckiej płyty przerywała nagranie z prośbą o czas dla siebie?

Szczerze to chyba nie przypominam sobie takiej sytuacji. Bardzo lubię pracę w studio. Myślę, że znaleźliśmy z Grzegorzem wspólny muzyczny język i był to proces raczej przyjemny, przebiegający bez większych zakłóceń.

fot. Emilia Radzimowska – Photowonderland.no

Co wokalista, to inne podejście, więc że tak zapytam klasycznie „po prasowemu”: przed nagraniem utworu, albumu lepiej jest naczytać sobie tekst, czy się w niego wczytać?

Z mojego doświadczenia wynika, że dość ważne jest pamięciowe opanowanie tekstu. Patrzenie na kartkę, podczas śpiewania wpływa na mnie dekoncentrująco. Kiedy mam tekst w głowie, wtedy znacznie łatwiej jest mi go interpretować, poczuć. Zamykam oczy i płynę razem z muzyką.

Jedni twórcy chcą, by ich muzyka była uznawana w kategoriach rytmicznych, wpadających w ucho, inni pragną nieść przekaz, a jeszcze inni wplatają oniryzm w swoją twórczość. Która z prób klasyfikacji jest Ci najbliższa?

Żadna. Nie znoszę szuflad i wszelkiego rodzaju schematów. Muzyka jest dla mnie czymś nienamacalnym, nieuchwytnym. Nie da się jej zmierzyć, zważyć. Nie zastanawiam się nad klasyfikacją. Po prostu zawsze staram się być szczera w tym, co robię.

Dochodzimy do momentu, kiedy „klasyczny, schematyczny dziennikarz” powinien zapytać: „Co autor miał na myśli, tworząc taką płytę”, więc zapytam inaczej: z jakich pobudek Jola Tubielewicz sięgnęła po mikrofon i nagrała utwory, który znajdują się na tej płycie?

Gorąco zapraszam do przeczytania tekstu znajdującego się wewnątrz mojego debiutanckiego albumu. Myślę, że tam zawarłam odpowiedź na to pytanie.

A tak poważnie, to większy stres, obawy pojawiły się, kiedy śpiewałaś „American beauty” we wspomnianym programie telewizyjnym, czy kiedy wyczekuje na opinie recenzentów i słuchaczy na temat swego debiutu?

Strach przed oceną jest czymś bardzo destrukcyjnym. Trochę się z tego wyleczyłam. Mam świadomość, że wszystkich gustów nigdy nie da się zaspokoić. Robię to, co kocham, wkładając w to całe swoje serce. Jeśli uda mi się sprawić, że ktoś po przesłuchaniu mojego albumu będzie miał ochotę nadal muzycznie ze mną podróżować, to oczywiście sprawi mi to wielką radość.

Paradoksalnie, bez wypominania wieku: im więcej doświadczenia na scenie, tym trudniej oswoić się z myślą, że trzeba stanąć przed widownią, nawet kiedy jest ona „schowana” pod postacią ilości osób oglądających internetową transmisję na żywo?

Akurat koncerty są czymś, co kocham i na co czekam z utęsknieniem. Jeśli tylko mam okazję spotkać się na żywo z publicznością to jest to dla mnie prawdziwe święto.

Nie, żebym przemycał właśnie nawiązanie do „Adrenaliny” pewnej wokalistki z Białogardu, skąd… (śmiech) Jednak właśnie, odwołując się do fragmentu tego utworu, to jaki „bal” rozpoczyna się dziś w Twoim życiu?

Jola Tubielewicz…? Ach, rzeczywiście jest ktoś taki… (śmiech) Pytasz jaki bal rozpoczyna się w moim życiu…Hmmm…Bal, na którym świętuję tę piękną chwilę ze swoim spełnionym marzeniem. Jestem osobą, która stara się celebrować drobne momenty, traktować każdy dzień jak mały „bal”, bo mam świadomość cytując A.Osiecką, że: „Życie kochanie trwa tyle, co taniec”, więc staram się cieszyć każdą chwilą.

fot. Krystian Kasperowicz

Wiemy, że rynek muzyczny nie znosi próżni, więc na koniec takie proste, wręcz banalne pytanie: ile czasu Jola Tubielewicz planuje świętować swój debiut, a kiedy wrócić do „jamy nagraniowej”?

Każde świętowanie zależy od towarzystwa, jeśli nieźle się rozkręci to może chwilę potrwać! (śmiech)

Join Our Newsletter!

Love Daynight? We love to tell you about our new stuff. Subscribe to newsletter!

You may also read!

#wtonacjirecenzji: „ELVIS” film tak samo pulsujący i dynamiczny jak muzyka Presleya. To produkcja, która pokazuje życie chłopaka, o którym bez wahania można powiedzieć, iż wart był milion dolarów.

Reżyser Baz Luhrmann oddaje widzom widowiskową historię króla rock and rolla opowiedzianą przez Toma Parkera „Pułkownika” (Tom Hanks) , człowieka który odkrył Presleya

Read More...

#wtonacjipromocji: „Król ringu”, czyli dlaczego nieważne ile razy upadłeś, jeśli wstałeś o jeden więcej

Przedstawiamy Wam literacki debiut autorki, która sygnuje swoje książki jako Dakota Arizona. Dzięki temu autorowi przekonujemy się ile może znaczyć wdanie

Read More...

#wtonacjipromocji: „Dziewczyna z biblioteki”, czyli jak i dlaczego faceci potrafią tracić głowy na punkcie kobiet

Przedstawiamy Wam następny tytuł Igi Daniszewskiej, który nosi tytuł „Dziewczyna z biblioteki”. Za sprawą tego tytułu autorka prezentuje, że typowe przeciwieństwa

Read More...

One commentOn #wtonacjirozmowy: Jola Tubielewicz: Czuję się muzycznie bardziej zdefiniowana

  • Cała Jola – szczera, elokwentna, zakochana w muzyce i doceniająca drogę jaką przeszła.
    Pamiętam, jak młodziutka Jola (dziewczynka) wyszła na scenę z gitarą większą od niej i zaśpiewała “What’s Up” zespołu 4 Non Blondes – ludziom szczęki tak opadły, że ortodonta mógłby się spokojnie na tych przypadkach habilitować.
    Słucham płyty Joli jakoś od początku lutego i mam swoje ulubione kawałki, jak “Ten sam chłopak”, czy “Na imię mam dziś zło”, ale lubię całą resztę. Każdy jest inny, tu więcej gitary, tam perkusji, gdzie indziej świetne chórki, albo liryczna końcówka w “Poza czasem” zakończona wręcz szeptem. Podzielam zdanie Joli w kwestii brzmienia instrumentów – one nadają charakter tym utworom. Ja wiem że tworzenie muzyki ewoluowało, można elektronicznie podciągnąć to i owo – ale wtedy to brzmi za każdym razem tak samo, pozbawione jest emocji, a przez to i duszy. Podoba mi się w Joli to że docenia każdego artystę który “ujarzmia” instrument, na swój własny sposób dzieląc się wówczas swoimi emocjami – gdybym był wirtuozem jakiegoś instrumentu chciałbym z taką osobą pracować.
    Trzymam kciuki za Jolę i jej płytę, mając nadzieję że ludzie docenią jej twórczość – bo zwyczajnie warto..

Leave a reply:

Your email address will not be published.

Mobile Sliding Menu