Duet płatnych morderców kontra niedoszła ofiara ADRIAN BEDNAREK “DZIEDZICTWO ZBRODNI”

In Aktualności, Literatura

Płatny zabójca i jego niedoszła ofiara. Czy odkrycie wspólnego wroga sprawi, że podejmą współpracę?

Dominik  wraz z ojcem prowadzą nietypowy biznes – są płatnymi zabójcami. Najnowsze zlecenie to czteroosobowa rodzina Grabowskich.

Dotychczas działali jak dobrze naoliwiona maszyna, aż do chwili, gdy na ich drodze stanęła Marysia Grabowska. Beztroska dwudziestolatka, której życie zmieniło się w piekło. Zamaskowani mężczyźni zaatakowali dom jej rodziców, zabili jej matkę, ojca i brata. Dziewczyna cudem uniknęła śmierci. Wie, czym zajmuje się jej rodzina, wie również, że z tego powodu nie może zgłosić się na policję. Po brawurowej ucieczce przed mordercami, postanawia dowiedzieć się, kto i dlaczego postanowił ich zabić.

Tymczasem Dominik próbuje odnaleźć Marysię, żeby naprawić błąd i przede wszystkim dokończyć zadanie. Jego zleceniodawca może być bardzo niezadowolony z takiego rozwoju sytuacji.

Żadne z nich nie jest świadome, że mają wspólnego wroga, a prawda o rodzinie Grabowskich jest nieco inna, niż podejrzewają…

Adrian Bednarek – urodzony w 1984 roku w Częstochowie. Zapalony fan sportu żużlowego. Uwielbia pisać historie, w których głównymi bohaterami są skomplikowane czarne charaktery. Autor docenionych przez czytelników serii thrillerów o Kubie Sobańskim (Pamiętnik Diabła, Proces Diabła, Spowiedź Diabła, Wyrok Diabła), prawniku i seryjnym mordercy z Krakowa, a także o Oskarze Blajerze, pisarzu opowiadań kryminalnych z Częstochowy (Inspiracja, Obsesja, Fascynacja). Opublikował również powieści Skazany na zło, Pasażer na gapę i Córeczki. Pisanie uważa za swój największy nałóg.

 

Fragment:

„DZIEDZICTWO ZBRODNI”

 ADRIAN BEDNAREK

WYDAWNICTWO ZACZYTANI

Zakładają kominiarki. W uchu każdego tkwi słuchawka bezprzewodowa. To nigdy się nie zmienia, reszta wy­posażenia ewoluuje. Teraz w użyciu są sportowe buty, wygodne sztruksowe spodnie, czarne golfy i lateksowe rękawiczki. Zawsze ubierają się identycznie. Właściciele zabójczej spółki, brakuje tylko logo wyszytego na golfie. Logo śmierci.

Z tylnego fotela Dominik bierze worek. Trzymają w nim sprzęt rezerwowy, wybrany według doświadczeń taty. Apteczka, płyn do dezynfekcji, zestaw narzędzi, noże, sztuczne brody i peruki, gdyby zaszła potrzeba na­głego wtopienia się w tłum. Z bagażnika wyciągają broń. Dwie minikusze ze stali nierdzewnej. Futerały z bełtami przypinają do pasów. Trochę trenowali, ale celność nadal jest średnia. Mimo to żaden się nie przejmuje. Z bliska nawet nowicjusz dałby radę trafić.

Podbiegają pod płot. Piętrowy dom znajduje się na od­ludziu, przy drodze między dwiema wioskami. Dookoła las. Idealne miejsce dla introwertyków z kasą. Od frontu ciemno, rolety opuszczone. Taras znajduje się po drugiej stronie.

– Schodek. – Tata wydaje polecenie.

Dominik natychmiast łączy dłonie i robi mu podpór­kę. Staruszek ma coraz gorszą formę, sam nie daje rady się wspiąć. Syn radzi sobie bez problemów. Szybko prze­mieszczają się pod dom. Zawsze gdy są na terenie prze­ciwników, strach, obawy i niepewność ulatują. Ludzie zmieniają się w zwierzynę łowną.

Śmiech dwóch starszych osób niesie się w powietrzu od strony ogródka. Państwo Grabowscy są zadowoleni, beztroscy. Nie mają pojęcia, że to ich ostatnia sobota.

– Ja z prawej, ty z lewej. Każdy wali w najbliższego – zarządza tata. – Gaszę sieć. – Włącza przenośny zagłu­szacz GSM, który ma przypięty do pasa.

Sprzęt likwiduje sieć komórkową oraz Wi-Fi i Blueto­oth. Chwilowo ich słuchawki są bezużyteczne, ale zwie­rzyna nie może wezwać pomocy. Zderzają się pięściami na szczęście i rozpoczynają akcję.

Dominik zostawia worek i podąża wzdłuż muru po lewej stronie. Serce bije mu szybciej, kusza zdaje się lek­ka, jakby zrobiono ją z włókien węglowych. Opiera pa­lec na spuście, skręca w stronę tarasu. Szybki przegląd pola. Altanka przyległa do domu jest oświetlona małą lampką. Stół stoi na środku, a przy nim Grabowscy. Ko­bieta bliżej Dominika, mężczyzna przy drzwiach tara­sowych. Ciemna sylwetka taty pojawia się po drugiej stronie muru.

Grabowscy ich nie słyszą. Obaj poruszają się cicho, jak na myśliwych przystało. Ich sylwetki giną w objęciach mroku. Kobieta trzyma karty, w drugiej ręce wino. Jest uśmiechnięta. Mężczyzna skupia wzrok na swoich kar­tach. Dominik przyspiesza kroku, unosi kuszę. Jest coraz bliżej kobiety, zachodzi ją od tyłu. Celuje w głowę. Naci­ska spust. Bełt przebija jej kark. Kieliszek ląduje na ziemi. Pierwsza zwierzyna upolowana.

Grabowski zauważa, co się dzieje, dopiero gdy żona jest martwa. Tata ma go na widelcu. Strzela, ale zamiast w głowę, trafia w tors. Grabowski wyje z bólu. Dominik w pośpiechu próbuje załadować następną strzałę. Ta czynność jest niewygodna, kradnie cenne sekundy. Tata spogląda na syna i wchodzi przez taras do domu. Wie, że krzyk mężczyzny mógł zaalarmować jego dzieci. Idzie tam z nienaładowaną bronią!

– Nie… Błagam… – Grabowski przestaje wrzeszczeć, zaczyna skamleć.

Dominik staje przed nim. Nie zna litości, nie ma skru­pułów. Jest wychowany, by zabijać. Naciska spust, bełt przebija oko mężczyzny. Grabowski kona, a z domu do­biega głośny trzask. Potem słychać jakieś krzyki. Domi­nik rozpoznaje głos taty. Szykuje następny bełt i wbiega do środka. Nie tak to miało wyglądać.

Chuj strzelił jebaną starość, która zżera człowieka jak rdza rzęchy na złomowisku. Grzegorz miał zabić Gra­bowskiego natychmiast, tak jak syn uporał się z jego żoną. Ale skakanie przez płot, trucht pod dom, szybki marsz wokół muru, to było dla niego za dużo. Dostał zadyszki, ręka mu się omsknęła i chybił!

Grzegorz ma sekundy na podjęcie decyzji. Zerka na Dominika. Na szczęście syn potrafi go uzupełniać, właś­nie przygotowuje się do strzału. Dobrze, bo Grabowski jęczy jak posrany. Grzegorz zostawia egzekucję synowi. Sam wchodzi do domu z nienaładowaną kuszą. Trudno, musi działać, zanim dzieciaki zorientują się, co jest grane.

W kuchni spokój, choć pali się światło, podobnie w salonie, do którego wszedł. Na piętrze ciemno. Obok schodów znajduje się jeszcze jedno pomieszczenie. Na drzwiach wisi plakat z żużlowcem, a nad nim szalik lo­kalnej drużyny. Ze środka dochodzi cichy szum, przez szparę pod drzwiami przebija się słabe światło. Grzegorz zaczyna ładować kuszę.

W tym samym momencie drzwi się otwierają. W pro­gu staje napompowany kafar. Ma prawie dwa metry wzrostu, jest ogolony na zapałkę. Mięśnie rozrywają mu koszulkę, sportowe spodenki opinają się na potężnych udach, w dłoni ściska butelkę coli. To Bartuś Grabowski.

– Po co tak wyjesz, pijaku?! – drze się poirytowany. – Znowu boli cię wątroba?! – Wychodzi z pokoju, rusza w stronę altanki.

Grzegorz cofa się, szukając ciemnego miejsca. Próbuje załadować kuszę, ale nie jest już tak sprawny i opanowa­ny jak kiedyś.

– Co, do…?! – Młody Grabowski zauważa go w chwili, gdy kusza jest gotowa do strzału. – Skurwysynu!

Grzegorz unosi broń, żeby go zdjąć, ale młody jest szybszy. Rzuca w niego butelką. Szkło rozbija się o cze­rep Grzegorza. Ten naciska spust, bez celowania, bo cola piecze w oczy. Trafia gdzieś w ścianę. Po chwili ląduje na ziemi. Młody Grabowski okłada go pięściami. Kolejne ciosy spadają jak cegłówki.

– O Boże! – Kafar zerka w kierunku ogródka. Na jego twarzy maluje się przerażenie. W tym samym momencie na piętrze zapala się światło. – Marysia!

Bartuś przypomina sobie o siostrze, która, zaalarmo­wana hałasami, zaraz zejdzie na dół. Puszcza Grzegorza, odwraca się i pędzi w kierunku schodów. Grzegorz pró­buje wstać, tymczasem mija go Dominik, który goni za Grabowskim.

– Marysia, uciekaj! Zabiją nas!

Kafar wbiega na schody, na szczęście Dominik jest szybki. Ma załadowaną kuszę. Mierzy w biegu, ale trafia bezbłędnie. W szyję. Skurwiel pada martwy w połowie schodów. Na piętrze słychać pisk. Gaśnie światło. Trza­skają drzwi. Młoda Grabowska skryła się w którymś z pokoi.

– Nic ci nie jest? Oberwałeś – pyta zatroskany syn.

Wkurwiony Grzegorz podchodzi do niego i znów przygotowuje kuszę.

– Zdejmijmy tę małą i kończmy robotę – odpowiada twardym głosem. – Ja sprawdzam pokoje, ty pilnujesz schodów, żeby przypadkiem nie spyliła.

Chwilowy kryzys minął. Polowanie trwa. Lwy i tygry­sa mają za sobą. Teraz kolej ustrzelić sarnę.

Marysia kończy myć zęby. Przed chwilą wzięła relaksu­jącą kąpiel, której brakowało jej podczas pobytu w cias­nym krakowskim mieszkaniu. To już drugi rok studiów, a życie ze współlokatorkami nadal stanowi udrękę. Za­wsze gdy tam przebywa, czuje się brudna i osaczona. Ką­piel w domowej wannie wyparza zarazki. Muza płynąca z bezprzewodowych słuchawek pozytywnie ją nastraja. Towarzyszyła jej w zatłoczonym pociągu, potem w cuch­nącej taksówce, a zaraz ukołysze ją do snu.

Jest już w piżamie, ale wcale nie chce jej się spać. Chęt­nie posiedziałaby z rodzicami albo bratem. Ale rodzice mają jej za złe to, jak zareagowała na ich propozycję kilka tygodni temu. Brat się boczy, bo sam chciałby od nich usłyszeć to, co usłyszała młodsza siostra. A Marysi po prostu brakuje towarzystwa. Chciałaby mieć zaplanowa­ne na weekend coś innego niż spacer po lesie, kąpiel czy przygotowania do ostatniego egzaminu.

Sięga po komórkę. Zamierza wysłać SMS-a do Agaty, dawnej kumpeli z ogólniaka. Może wyskoczą jutro na kawę albo na zakupy. Może pozna jakiegoś przystojnego faceta. Miło byłoby mieć do kogo wracać z Krakowa. Na studiach wszyscy wydają się brudni i napaleni.

Pisze krótki tekst, ale wiadomość nie chce się wysłać. Próbuje ponownie, znów nic. Zasięg spadł do zera. Wi-Fi też zniknęło, co dziwne, bo net mają mocny. Musi spy­tać brata, czy też ma awarię. Wyłącza muzykę, wychodzi z łazienki. Zapala światło na korytarzu. Z dołu dobiega­ją jakieś hałasy tłumione przez słuchawki. Gdy wyciąga je z uszu, słyszy brata desperacko wykrzykującego jej imię.

– Marysia, uciekaj! Zabiją nas!

Bartek pojawia się na schodach. Jego szyję przebija strzała jak w filmie o Robin Hoodzie. Dziewczyna piszczy z przerażenia. Właśnie ziszcza się jej najgorszy koszmar. Bartek nie żyje. Umiera nagle, a rodzice… O nich lepiej teraz nie myśleć. Marysia jest mądra, i w przeciwieństwie do brata potrafi kalkulować. Wie, że dłuższe rozpaczanie oznacza śmierć. Wie, czym zajmuje się jej rodzina, i wie, że na dole jest morderca.

Rzuca się biegiem wzdłuż korytarza, bose stopy są mokre, wpada w poślizg na drewnianych panelach, bar­kiem uderza w ścianę, zahaczając o wyłącznik światła. Po ciemku wbiega do sypialni rodziców i z trzaskiem zamy­ka za sobą drzwi; chyba odruchowo ją wybrała. Bezpiecz­na oaza każdego dziecka. Nos wypełnia charakterystycz­ny zapach. Mieszanka perfum mamy i dezodorantu taty. Zapach, którego prawdopodobnie już nigdy nie poczuje…

Negatywne myśli próbują zawładnąć Marysią. Tłumi je, bo musi walczyć.

Na toaletce znajduje nożyczki, w lewej dłoni cały czas trzyma telefon. Wchodzi do szafy. Ustawia się przy rur­ce na której wiszą kurtki, i kuca. Pozycja z pozoru idio­tyczna jak u bohaterki Piątku trzynastego, czekającej na egzekucję. Ale Marysia nie czeka na śmierć. Szuka miej­sca do przeprowadzenia ataku. Szafa ciągnie się na całej długości ściany, zasłaniają ją przesuwne skrzydła pokryte matowymi lustrami, ustawione po dwie pary na dwóch prowadnicach. Marysia lekko odsuwa jedne z nich, na prawo od siebie. Skrzydło znajdujące się przed jej twarzą uchyla na kilka centymetrów, tak żeby mogła coś widzieć. Ściska nożyczki, odkłada komórkę, która i tak nie działa. Czeka.

Czas się dłuży. Każda upływająca sekunda popycha jej myśli w stronę umierającego brata. Widzi przed ocza­mi strzałę, która rozerwała mu skórę z łatwością, z jaką długopis rozerwałby chusteczkę. Marysia ma ochotę ry­czeć. Walczy z tą potrzebą do momentu, w którym słyszy skrzypienie drzwi. Po nim zapala się światło. Zabójca już tu jest!

Chodzi po sypialni, zagląda pod łóżko, sprawdza okno. Marysia obserwuje jego sylwetkę przez szparę w szafie. Facet średniego wzrostu, na głowie kominiarka. Dyszy głośno jak palacz, który biegł ze szlugiem w us­tach. W prawej ręce trzyma kuszę. Zaczyna przyglądać się szafie! Marysia zatyka usta, żeby nie wydać przypadkowego dźwięku. Serce jej wali, spodnie od piżamy lekko się zsu­wają, jakby dziewczyna kurczyła się ze strachu. Mężczy­zna zauważa niedomknięte skrzydło na prawo od Marysi. Dokładnie tak, jak chciała. Zaraz je odsunie. Skrzydło, które Marysia ma przed oczami, jest osadzone na innej prowadnicy. To, które otworzy zabójca, pojedzie w lewo, minie ją, a napastnik, zamiast przyszłej ofiary, zobaczy przestrzeń pełną ubrań. Da jej moment, który ona wyko­rzysta. Przesunie osłaniające ją drzwi i wyskakując z szafy, wbije mu nożyczki w nogę albo brzuch. Potem wyrwie mu broń i podziurawi gardło.

– Chyba znalazłem sarenkę! – krzyczy radośnie zabójca.

Jego słowa czynią plan Marysi nieaktualnym. On nie jest sam! Marysia może go wziąć z zaskoczenia, ale gdy będzie z nim walczyć, przybiegnie drugi i dokończy ro­botę. Zostaje jedna opcja – trzeba wiać.

Gdy drzwi przejeżdżają po prowadnicy, Marysia od­suwa skrzydło, które ma przed sobą, i wyskakuje z szafy. Trafia nożyczkami w zewnętrzną część uda zabójcy.

– Aaa! – zaskoczony, wyje z bólu, zgina się wpół.

Join Our Newsletter!

Love Daynight? We love to tell you about our new stuff. Subscribe to newsletter!

You may also read!

#wtonacjirecenzji Ktoś rozpoczął polowanie…Recenzja książki “Polowanie na psy” Mieczysława Gorzki.

Komisarz Marcin Zakrzewski, bohater bestsellerowego cyklu kryminalnego „Cienie przeszłości”, powraca! Komisarz Marcin Zakrzewski, bohater bestsellerowego cyklu kryminalnego „Cienie przeszłości”, powraca! Na początku grudnia

Read More...

#wtonacjirozmowy: Sylvia Wilczyńska o „Naznaczonych”-„Lubię łamać schematy i podróżować pomiędzy różnymi gatunkami”

„Naznaczeni” to kontynuacja wielowątkowego kryminału „Topielice” z elementami mitologii słowiańskiej wydanej przez Wydawnictwo Lira. Drugi tom serii z prokurator

Read More...

#wtonacjipromocji: Nadchodzi czas Uwalniania!

Odkryj przejmującą historię o dorastaniu, odkrywaniu prawdy o sobie i niezwykłej odwadze. Już wkrótce premiera bezkompromisowej i szczerej do bólu powieści –

Read More...

Leave a reply:

Your email address will not be published.

Mobile Sliding Menu