#wtonacjirozmowy: Joanna Balicka: Stworzenie opowieści jest sztuką

In Literatura, Wywiady

– W serii „Miss Independent” zawarłam kiedyś fragment, że odrobinę męczą mnie te wszystkie bajki, które dziewczynkom wpaja się od najmłodszych lat, że muszą mieć swojego obrońcę, wybawcę, bohatera w postaci silnego mężczyzny, jak gdyby nie były wystarczająco dobre, by załatwić to po swojemu – mówi portalowi wtonacjikultury.pl Joanna Balicka, która powraca na salony literackie, prezentując swą najnowszą powieść pt. „Pożyczony narzeczony”.

fot. Archiwum prywatne Autorki

Kamil Piłaszewicz: Z gatunkiem komedii romantycznych z motywem hate-love nie miałem okazji się spotkać do tej pory, więc tym bardziej autentyczne będzie, jeśli powiem, że z Laurą idzie się zżyć, zakumplować już od pierwszego zdania.

Joanna Balicka: Na polskim rynku prawdopodobnie nie są jeszcze tak popularne, a szkoda. Moim zdaniem, fabuła z wątkiem od nienawiści do miłości daje ogromne pole do manewru do budowania napięcia między bohaterami. Co do Laury – rzeczywiście, tej babeczki chyba nie da się nie lubić.

Pierwsze zdanie z „Pożyczonego narzeczonego” brzmi: „Nie, to nie będzie kolejna słodkopierdząca historia o miłości”. Takie podejście do mówienia o uczuciu jest charakterystyczne dla naszych czasów?

– Oczywiście, że nie. Ugryźmy to z innej strony: to zdanie miało być kontrastem do dotychczasowych opowieści o aranżowanych związkach. Zazwyczaj jak ktoś sięga po komedię romantyczną, to jest nastawiony na miłosne westchnienia i piękne wzloty, nie biorąc pod uwagę dramatów, które mogłyby wydarzyć się po drodze. Początek miał podkreślić, że historia naszych bohaterów nie będzie należała do najłatwiejszych.

Dlaczego postać Laury z „Pożyczonego narzeczonego” stanowi obraz współczesnej kobiety?

– To podchodzi pod kategoryzowanie kobiet i sprowadzanie ich do jednego schematu, czego zdecydowanie wolałabym uniknąć. Laura może być jednym z obrazów, ale nie ich stałym wzorem. Myślę, że wszczepiłam w nią cząstkę siebie. Pisanie było dla niej formą terapii, ucieczką od szarego świata. Była odrobinę roztrzepana, niezwykle czuła, a pomimo tego, że życie podkładało jej kłody pod nogi, to starała się tworzyć z nich schody, by wyjść z trudnej sytuacji. (uśmiech)

A Aaron Colder to symbol mężczyzny naszych czasów? Pytam, bo kiedy uzmysłowiłem sobie, co to za gagatek, to się cholera przeraziłem, czy to ja źle postępuję z kobietami, czy to moja percepcja jest ograniczona… (śmiech)

– To mężczyzna napisany przez kobietę, więc trzeba brać to pod uwagę, że będzie nieco wyidealizowany i… bajkowy. Każdy mój bohater jest inny i Aaron, zdaniem czytelników, jest przyjemnym kontrastem do dotychczasowych postaci męskich, jakie udało mi się stworzyć. Jeżeli mielibyśmy uznać tę książkę jako poradnik w stylu „Jak poderwać dziewczynę”, to myślę, że można by przyjąć od Aarona kilka lekcji. (uśmiech)

We wspomnianym tytule, kiedy czytamy historię z perspektywy Laury, spotykamy się z takimi słowy: „Najwyraźniej związek nie był nam pisany”. Patrząc na to, co wydarzyło się w dalszej części powieści, pojawia się tu przestroga, która głosi, by nigdy niczego nie brać za pewnik?

– O nie! Czy to spoiler? Nic nie wiem. Ja tu tylko sprzątam! (śmiech) A tak całkowicie poważnie, to nic w życiu nie jest trwałe. Jednego dnia ktoś jest nam przyjacielem, drugiego stoi po przeciwnej stronie barykady. Jedynym pewnikiem w naszym życiu jest śmierć i to nie ulga zmianie. (Jejku, trochę dramatycznie…).

Tak jak tego, że Joanna Balicka zostanie przy stanowisku jak Paulina Świst, tzn. że nigdy nie ogłosi swoich prawdziwych danych personalnych? (uśmiech)

– Moje nazwisko niewiele tu zmienia. To książki pełnią tu największą rolę i to, w jaki sposób je piszę. To dla czytelnika powinno być istotne. Nieważne, czy na okładce znajdzie się nazwisko Stephena Kinga, czy Marysi z Opola. Najważniejsza jest treść.

fot. Wydawnictwo Niezwykłe

Odbiegając na chwilę od tematyki wywiadu, to bycie incognito jest bardziej podniecające – nie pytam o fizyczny aspekt, czy bywa frustrujące, kiedy nie może się do końca przedstawić swoim czytelnikom?

– Nie jest. Gdybym chciała, żeby było dla mnie podniecające, to nazwałabym się jakoś tajemniczo, podpisała się tak, jak J.K. Rowling czy E.L. James. To jest dla mnie pewnym zabezpieczeniem. Oddzielam życie prywatne od pisarskiego. Chociaż… byłoby zabawnie, gdyby mój szef, czy profesorowie poznali moje książki.

Z tego, co wyszukałem w sieci, to Joanna jest Pani prawdziwym imieniem. I teraz, kiedy czytamy definicję tego imienia, to spotykamy się z takimi zdaniami: „Typowe numerologiczne Jedynki, czyli indywidualiści, pionierzy, zdobywcy. Jedynki doskonale wiedzą, czego chcą od świata i nie wahają się po to sięgnąć”. W jakim stopniu te stanowisko pokrywa się z rzeczywistością?

– Jestem wagą, a my mamy to do siebie, że wahamy się w decyzjach… Jednak co do indywidualistów, jak najbardziej się zgadzam. Uwielbiam dążyć do osiągnięcia postawionego przez siebie celu i niemożliwą do opisania satysfakcję sprawia mi każdy sukces. Nie ukrywam, że czasem mam ochotę zamknąć się w pokoju, zgasić światła i udawać, że mnie nie ma. (uśmiech)

Osoby, których imię zaczyna się na literę J mają – wedle układających teorie o danych imionach – żyć chwilą, celebrować je. Także, że zapytam tak: w jaki sposób smakuje wydanie „Pożyczonego narzeczonego”?

– Smakuje babeczkami, na nic bardziej szalonego przy tak napiętym harmonogramie nie mam czasu! (śmiech)

Nie jest to Pani literacki debiut, więc czym się różni względem tego, kiedy pojawiały się na rynku poprzednie tytuły?

– Wszystkie moje książki są inne, a zdaniem czytelników, z każdą kolejną jest coraz lepiej. Stale szlifuję swój warsztat pisarski i w żadnym wypadku nie osiadam na laurach. „Pożyczony Narzeczony” zdecydowanie różni się tym, że po raz pierwszy napisałam komedię romantyczną. Nie ma w niej mocnych scen erotycznych, z których jestem znana; nie ma tam brutalności ani scen, które doprowadziłby czytelnika do załamania.

fot. Wydawnictwo Niezwykłe

Odnośnie do zmian, to czasy wpływają na ludzi, czy to „najinteligentniejsze istoty na Ziemi” regulują to, jak wygląda i zmienia się rzeczywistość?

– Uważam, że człowiek ma spory wpływ na to, co dzieje się wokół niego, ale to także czas napędza go do działania i potrzeby dostosowywania się do zmieniających się trendów. Nie bez powodu utarło się powiedzenie, że jesteśmy kowalami własnego losu.

Miłość i pożądanie, bo temu uczuciu poświęca Pani masę miejsca w swoich pozycjach, to właśnie te bodźce, za sprawą których dzieje się, co wiemy, widzimy?

– Miłość jest wspaniałym uczuciem, a jednocześnie niezwykle niebezpiecznym. To ona sprawia, że nabieramy chęci do życia, świat nabiera barw, serce bije nam mocniej za każdym razem, gdy znajdujemy się obok tego, kogo darzymy uczuciem i wszystko nagle nabiera sensu. Z drugiej strony, zakłada nam klapki na oczy, sprawia, że poza tą jedną osobą nie widzimy całej reszty, a są też tacy, którzy umierają w imię miłości. Odwołując się do popularnego powiedzenia – wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną; wszystko zależy od tego, jaką dawkę przyjmiemy.

W wywiadzie udzielonemu Wirtualnej Polsce przyznała Pani, że do siebie jako autorki podchodzi jako do „niepokornej duszy, która pogrywa z emocjami czytelników”. Jako, że nie tylko przeczytałem „Pożyczonego narzeczonego”, ale również wczytywałem się w sens zamieszczonych słów, to myślę, że lepiej brzmi komunikat: „Joanna Balicka to wodząca na pokuszenie i szukająca, sprawdzająca gdzie leżą granice skrajności poszczególnych emocji”. Co sama autorka o tym sądzi?

– Staram się serwować w swoich książkach różnorodną gamę emocji: od smutku, po wściekłość, przez szczęście i uderzenia gorąca. Podobno jestem w tym dobra. Lubię bawić się z czytelnikiem, nęcić go przez kolejne strony powieści, a pod koniec uderzyć czymś mocnym… Tak więc, myślę, że to świetnie do mnie pasuje.

fot. Archiwum prywatne Autorki

Spod Pani pióra wyszła już niejedna pozycja, a tymczasem w wywiadach niczym mantrę powtarza Pani, że „przypominam sobie, po co żyję”. Także, że tak banalnie, tabloidowo zapytam, więc… Po co?

– Zanim otrzymałam propozycję wydawniczą, traktowałam pisanie jak terapię. Po chwyceniu takiej szansy i spotkaniu się z odbiorem czytelników, poczułam niesamowity przypływ energii. To niesamowite, gdy możesz dzielić się słowem z innymi. Z racji, że należę do młodego pokolenia autorów, utrzymuję na social mediach stały kontakt z czytelnikami. Uwielbiam czytać ich reakcję na spoilery, czy nowe pomysły. Nie wspominając już o sytuacjach, w których spotykasz się z kimś, kto lubi twoją twórczość i widzisz po nim, że jest tym totalnie zajarany lub opowiada ci o tym, że twoje książki w czymś mu pomogły. To daje mocnego kopa do działania dalej.

Wszyscy znamy te przypowieści, legendy, bajki o tym, że mężczyzna musi pokonać „smoka”, że musi zapewnić byt, uratować swoją wybrankę, by później móc żyć z nią długo i szczęśliwie. I zanim przejdziemy do mówienia o najnowszej Pani książce, to zapytam tak: zdaniem Joanny Balickiej, dlaczego zdecydowana większość bajek kończy się hasłem „Żyli długo i szczęśliwie”?

– W serii „Miss Independent” zawarłam kiedyś fragment, że odrobinę męczą mnie te wszystkie bajki, które dziewczynkom wpaja się od najmłodszych lat, że muszą mieć swojego obrońcę, wybawcę, bohatera w postaci silnego mężczyzny, jak gdyby nie były wystarczająco dobre, by załatwić to po swojemu. Z drugiej strony, to jednak fikcja, a książka jest przyjemnym oderwaniem od rzeczywistości, która nie zawsze jest taka kolorowa, jakbyśmy chcieli. Ludzie sięgając po powieść przynajmniej tam chcieliby zaznać szczęśliwego zakończenia.

Mnie zawsze korciło, by dowiedzieć się, jak miałoby wyglądać to ich życie, ale wiemy, ile mogłem zdziałać. Dlatego pytanie brzmi, jak autorka chciała przedstawić Laurę w tym utworze?

– Dokładnie tak, jak przedstawiłam: roztrzepana, pełna rodzinnego ciepła, czasem nieco nieśmiała, a czasem emanująca pewnością siebie.

W nawiązaniu do poprzednich pytań, a jednocześnie trzymając się przejścia do kolejnych tematów, dlaczego „Pożyczony narzeczony” to opowieść, w którym same fizyczne zbliżenia partnerów stanowią tło, a nie fundament narracji?

– Jak wspomniałam wyżej, to komedia romantyczna, a nie erotyk. Ta pozycja miała być kontrastem od moich dotychczasowych powieści. Zależało mi na rozbudowaniu napięcia, przedstawieniu dojrzewania ich relacji. Chciałam spróbować się w nowej roli, pokazać, że jako autor jestem elastyczna i potrafię odnaleźć się w każdym gatunku. I cóż, przynajmniej próbuję.

fot. Wydawnictwo Niezwykłe

Kiedy przeczytałem na okładce „Ten układ miał trwać tylko miesiąc”, pomyślałem w pierwszej chwili: „Cholera, pachnie mi „365 dniami”. Okazało się, że… nie miałem racji. Jakie czynniki decydują o tym, że choć zbliżona tematyka, tak Pani utwór drastycznie różni się od tego, którego autorką jest Blanka Lipińska?

– Tematyka z pewnością nie jest zbliżona. Byłaby, gdyby Laura porwała Aarona i zmusiła go do grania jej narzeczonego przez miesiąc! (śmiech) Dla niego było to testem, czy po powrocie wciąż będzie chciał wziąć ślub, a dla niej było to odegraniem spektakularnego show przed rodzicami, by ci przestali suszyć jej głowę. Oboje mieli przy tym sporo zabawy… (uśmiech)

Kiedy dyskutowałem z Blanką, wyznała mi, że ona nie czuje się pisarką, a bardziej autorką tomiszcza, które ze względów marketingowych podzieliła na trzy części. Pani mówi o sobie jako o pisarce, więc… Może w tym tkwi główna różnica?

– E tam, jeszcze nie uważam siebie za pisarkę i chyba tylko raz zostałam „sprowokowana” do tego przy wywiadzie. Raczej zostawiam to dla bardziej doświadczonych w tym fachu, z większym bagażem twórczości. Z tytułem „autorki” jest mi bardzo dobrze! (uśmiech)

Swoją drogą, co doprowadziło do tego, że Joanna została pisarką? Czyżby pojawił się ten sam problem, co u mnie, czyli: uświadomienie sobie, że dążenie do zabawy słowem, piórem stanowi jedyną umiejętność, z której można się utrzymywać?

– Miałam zupełnie inne plany życiowe. Bycie autorem to szansa dana mi od losu, a właściwie to od wydawnictwa. Nie traktuję tego jak pracę, a raczej jako przyjemną odskocznię od codziennych zajęć. Mam elastyczne umiejętności i nic, co ludzkie, nie jest mi obce.

Nawiązuję do wątku ekonomicznego, ponieważ mimo licznych prób przełamywania, nadal podchodzi się do omawiania tego wątku jak do jakiegoś tabu. Mówi się, że dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają, ale że dyskutuje Pani ze mną… (śmiech) To zapytam tak: na ile pasja daje spełnienie, nie tylko twórcze?

– Bardzo sympatycznie jest się spełniać w nowych rolach i dodatkowo wynosić z tego przyjemność. Każda kolejna książka jest dla mnie wyzwaniem, a z coraz to nowszą pozycją stawiam sobie poprzeczkę wyżej i wyżej. Nie pozwalam sobie samej na spoczęciu na laurach. To dla mnie niezła zabawa.

Janusz Głowacki był zwolennikiem teorii, że osoby sięgające zawodowo po pióro powinny, choć raz zmierzyć się z dużą formą, czyli napisaniem książki, by uzmysłowić sobie, czy aby na pewno wybrali odpowiedni zawód. Z perspektywy czasu, jak Joanna Balicka patrzy na siebie jako pisarkę?

– Nie sztuką jest napisać książkę. Jest nią stworzenie opowieści, która nie będzie schodzić z ludzkich ust, jak Remigiusz Mróz, czy Katarzyna Bonda. Myślę, że to jeszcze nie jest ten czas, bym widziała siebie jako pisarkę. Na ten moment Joanna Balicka to osoba, która wciąż szuka swojego miejsca na ziemi. Mam też ludzi, którzy pilnują, by woda sodowa nie uderzyła mi do głowy.

fot. Wydawnictwo Niezwykłe

Warto było pisać najpierw na Wattpadzie, a teraz pod szyldem Wydawnictwa Niezwykłego?

– Pisanie na Wattpadzie ma swoje wady i zalety. Pozwalało mi sprawdzić, czy dany tekst przyciągnie uwagę; czyli najpierw dokonywałam weryfikacji, czy temat zostanie podchwycony. Ludzie czasem potrafią być bardzo roszczeniowi, że jeżeli książka została napisana w Internecie, to powinna tam zostać, a nie znikać na cześć wydania tej pozycji. Niemniej jednak, są też osoby, które cieszy to, że miałam szansę i ją wykorzystałam. Po roku od mojego debiutu uważam, że to była bardzo dobra decyzja, ponieważ miałam szansę otworzyć się z twórczością na szersze grono odbiorców.

Z tego, co się orientuję, to próbowała Pani swych sił w różnych kategoriach: począwszy od romansu, komedii romantycznych po fanfiction. I za każdym razem szturmem podbijała Pani rynek wydawniczy. Jednak taki rozrzut wziął się z poszukiwania swojej drogi, czy pokazania ile historii, perspektyw kryje się w duszy Joanny Balickiej?

– Z pewnością zostało to podyktowane chęcią pokazania, że mogłabym odnaleźć się w każdym gatunku, w którym zechciałabym spróbować pisać. Bardzo lubię wyzwania, dokonywać researchów, prowadzić własne badania, sprawdzać coś na sobie. Były romanse, erotyki, komedia romantyczna. Może wkrótce sprawdzę się w kryminale? Podoba mi się przeskakiwanie pomiędzy motywami i nie zamierzam zatrzymywać się tylko w jednym schemacie.

A ile jeszcze nie zostało napisanych? Ile jest w przygotowaniu?

– Nie skłamię mówiąc, że nawet nie jestem w stanie tego zliczyć! Moja głowa jest pełna pomysłów i nie zapowiada się na to, że miałyby się szybko skończyć. Na ten moment mam w planach wydawniczych dwie dylogie, z czego jedna to „Kontrakt”, który na Wattpadzie odbił się sporym echem, a druga „Związani Układem”, czyli mafijny dark romance. Po drodze wpadnie także wyciskacz łez z raperem i dziewczyną, która cierpi na śmiertelną chorobę. Będzie gorąco, mocno, wzruszająco, zabawnie… cała masa emocji przed nami!

Kończąc ten wywiad, mam nadzieję, że autorka po tejże serii pytań nie ma ochoty przytoczyć ostatniego zdania z „Korepetytora” względem mnie, czyli: „Teraz zniknij z mojego życia”… (śmiech)

– No, nareszcie. Mogę już iść? (śmiech). Świetnie się bawiłam, bardzo dziękuję za miłe słowa i przyjemnie spędzony czas!

Join Our Newsletter!

Love Daynight? We love to tell you about our new stuff. Subscribe to newsletter!

You may also read!

#wtonacjirecenzji: „ELVIS” film tak samo pulsujący i dynamiczny jak muzyka Presleya. To produkcja, która pokazuje życie chłopaka, o którym bez wahania można powiedzieć, iż wart był milion dolarów.

Reżyser Baz Luhrmann oddaje widzom widowiskową historię króla rock and rolla opowiedzianą przez Toma Parkera „Pułkownika” (Tom Hanks) , człowieka który odkrył Presleya

Read More...

#wtonacjipromocji: „Król ringu”, czyli dlaczego nieważne ile razy upadłeś, jeśli wstałeś o jeden więcej

Przedstawiamy Wam literacki debiut autorki, która sygnuje swoje książki jako Dakota Arizona. Dzięki temu autorowi przekonujemy się ile może znaczyć wdanie

Read More...

#wtonacjipromocji: „Dziewczyna z biblioteki”, czyli jak i dlaczego faceci potrafią tracić głowy na punkcie kobiet

Przedstawiamy Wam następny tytuł Igi Daniszewskiej, który nosi tytuł „Dziewczyna z biblioteki”. Za sprawą tego tytułu autorka prezentuje, że typowe przeciwieństwa

Read More...

Leave a reply:

Your email address will not be published.

Mobile Sliding Menu