– Stworzenie spektaklu o Kalinie Jędrusik i wcielenie się w nią było moim marzeniem. Dlatego, choć potwierdzam, że mierzenie się z ikoną jest wyzwaniem, to w tym przypadku było to wyzwanie, które sama sobie wymyśliłam. Być może dlatego praca nad spektaklem stała się przede wszystkim źródłem przyjemności – mówi serwisowi wtonacjikultury.pl Anna Mierzwa, która w 2026 roku wraca na deski teatru, aby między innymi przypomnieć o ikonie kobiecości z czasów PRL-u.
fot. Marek Zimakiewicz
Kamil Piłaszewicz: Tuż po przesłaniu propozycji wywiadu, uświadomiłem sobie, że opracowanie pytań do niego będzie zadaniem identycznie wdzięcznym jak i niewdzięcznym. Co prawda nie trzeba się martwić o poziom odpowiedzi, ale niepokój budzi to, czy uda się dotrzymać kroku. Podobnego rodzaju myśli towarzyszyły Pani przed 1. występem w sztuce „Kalina®„?
Anna Mierzwa: Przed każdą premierą twórcom towarzyszy trema oraz niepokój zmieszany z ekscytacją. Jednak w przypadku „Kaliny®” te emocje były zwielokrotnione. Po pierwsze dlatego, że jest to monodram. Mimo obecności muzyków na scenie, cały ciężar spektaklu spoczywa na mnie. Po drugie dlatego, że „Kalina®” to projekt, który sama wyprodukowałam – od zdobycia stypendium, przez napisanie wstępnego scenariusza, budżetowanie, koordynowanie pracy zespołu i dobór współtwórców. To była ogromna odpowiedzialność i równie ogromna praca. Dlatego trema i obawy były proporcjonalne do zaangażowania.
Wraz z każdym następnym zagranym spektaklem jest łatwiej, czy trudniej zrozumieć zachowanie, czyny, podejście Kaliny Jędrusik?
– Z każdym kolejnym zagranym spektaklem rozumienie Kaliny Jędrusik nie staje się ani jednoznacznie łatwiejsze, ani trudniejsze – raczej ewoluuje. Sam spektakl został skonstruowany tak, aby poruszać uniwersalne tematy dotyczące człowieka, kobiety i aktorki. Dziesięć lat temu pewne wątki były dla mnie szczególnie istotne. Z biegiem czasu akcenty się przesuwały, ponieważ zmieniała się perspektywa i wrażliwość.
Dzięki temu grono odbiorców spektaklu jest bardzo szerokie. Zapraszam na niego nie tylko osoby, które pamiętają Kalinę Jędrusik, ale również tych, dla których czasy PRL-u są już odległą historią. Z licznych rozmów z młodymi widzami wiem, że ten monodram silnie z nimi rezonuje, tj. skłania do refleksji, a przede wszystkim zachęca do głębszego poznania postaci Kaliny.
Darzę Ją miłością niezmienną. Rozumiem i akceptuję jej sposób myślenia oraz działania, znając jej biografię i życiowe doświadczenia. Jednocześnie mam świadomość, że jest to moja interpretacja osoby, której nigdy nie miałam okazji poznać w świecie rzeczywistym.

Choć sama wspomniana sztuka nie zostanie wystawiona po raz pierwszy w tym roku; tak zastanawiam się, czy emocje towarzyszące kolejnemu występowi są identyczne jak przed premierą?
– Zawsze czuję dreszczyk ekscytacji przed spotkaniem z moją Kaliną. Bardzo lubię grać ten spektakl! Za każdym razem jest to dla mnie żywe, emocjonalne doświadczenie – inne niż premiera, ale wciąż intensywne.
Dopytuję w ten sposób, ponieważ już sam fakt występowania na deskach Teatru Rampa od zawsze kojarzył mi się z nobilitacją. Przez co też zastanawiam się, jak uodpornić się na ten stres, aby tak wiarygodnie jak Pani, wcielić się w postać Kaliny Jędrusik?
– Bardzo się cieszę, że „Kalina®” znalazła swoją przestrzeń właśnie w Teatrze Rampa w Warszawie. Dyrektor Michał Walczak jest bardzo otwarty i wspiera tego typu inicjatywy aktorskie.
Odnośnie do samego stresu, to nie da się całkowicie uodpornić, ale też chyba nie o to chodzi. Można nauczyć się go okiełznać i sprawić, by stał się dopingiem, a nie paraliżował. Też jestem świadomą tego, że ten spektakl jest wartościowy i wart obejrzenia, co bardzo pomaga.
W informacji prasowej opracowanej przez osoby z Teatru Rampa można przeczytać, że zacytuję: „Brawurowe aktorstwo i talent wokalny Anny Mierzwy odsłaniają współczesne aspekty ikony PRL, która do dzisiaj uwodzi, prowokuje i fascynuje”. Dlatego też chętnie zapytam o to, ile Kaliny Jędrusik kryje się w Annie Mierzwie?
– Myślę, że jest we mnie sporo Kaliny. Nie bez powodu czuję do niej tak silne przyciąganie. Jeszcze zanim powstał spektakl, dość często słyszałam: „Ty masz coś z tej Jędrusik”. To było intuicyjne, ale bardzo trafne.
Jak wyglądały mentalne przygotowania do nie tyle udźwignięcia, co tak wiernego oddania postaci w monodramie, o którym dziś mówimy?
– Można powiedzieć, że od zawsze znałam jej biografię, filmy i piosenki. Moja mama lubiła Kalinę. Dlatego można powiedzieć, że nie czułam mentalnej przemiany w stylu: „Oho teraz zaczynam przygotowania i muszę się zapoznać z tą postacią”. Ja ją znałam.
Przygotowania polegały raczej na stworzeniu „drabinki tematów”, które dotyczą Kaliny, ale jednocześnie rezonują ze mną oraz doborze utworów, które stały się przedłużeniem dramaturgicznym opowieści.

Zazwyczaj, kiedy rozmawiam z aktorami, wspominają oni, że lubią konfrontować się z wyzwaniami, za jakie uchodzą np. wcielenia się w ikony. To jest ten moment, kiedy również Pani potwierdzi te słowa?
– Stworzenie spektaklu o Kalinie Jędrusik i wcielenie się w nią było moim marzeniem. Nikt mi tego nie narzucił. Dlatego, choć potwierdzam, że mierzenie się z ikoną jest wyzwaniem, to w tym przypadku było to wyzwanie, które sama sobie wymyśliłam. Być może dlatego praca nad spektaklem stała się przede wszystkim źródłem przyjemności. Za każdym razem, gdy gramy „Kalinę®”, jestem szczęśliwa, że dochodzi do tego spotkania.
Mając na uwadze życiorys i skalę gwiazdy, jaką była Kalina Jędrusik, nigdy nie żałowała Pani decyzji o podjęciu się tej roli?
– Nigdy. To jeden z najważniejszych projektów w moim życiu artystycznym. Dzięki „Kalinie®” miałam okazję poznać i pracować ze wspaniałą reżyserką Agatą Biziuk. Efektem tej współpracy jest nie tylko Kalina® ale mnóstwo innych kolejnych wspólnych projektów, takich jak: spektakl „Dont give up”, serial internetowy „#wakacje”, słuchowisko Teatru Polskiego Radia pt. „Nie jestem jakaś chora”, Teatr Telewizji pt. „Babcia mówi papa”. Też nauczyłam się sporo na temat samej produkcji spektaklu, a ten projekt przyniósł mi dużo dobrego i mnóstwo satysfakcji.
Dopytuję o to, ponieważ kiedy po raz pierwszy oglądałem wspominany spektakl, przyznaję, że niejednokrotnie przyłapywałem się na tym, że dostrzegam nie tyle odtwórczynię roli, co postać, której dotyczy sztuka. W Internecie nie raz natrafiłem na porównywalne opinie. Takie wyrazy uznania stają się krępujące, a może z czasem są coraz bardziej ochoczo przyjmowane?
– Tak, opinie są bardzo pochlebne. Najczęściej dotyczą tego, że udało mi się oddać osobowość Kaliny, a jednocześnie wnieść do niej coś swojego. Jest to bardzo miłe i wszelkie wyrazy uznania przyjmuję ochoczo, ponieważ lubię być chwalona. A już zwłaszcza za rzeczy, w które wkładam serce. Poza tym kto tego nie lubi!? (uśmiech)
Szczególnie poruszające było spotkanie po spektaklu w Warszawie ze starszą panią, która przez wiele lat była sąsiadką Kaliny Jędrusik. Powiedziała mi, że kiedy zaczęłam grać, odniosła wrażenie, jakby zobaczyła jej ducha.
Przy czym mam nadzieję, że podobieństw z Kaliną Jędrusik można upatrywać u Pani wyłącznie w przypadku umiejętności gry aktorskiej i wokalnych umiejętności, a nie np. traumie z młodości?
– W spektaklu cytuję słowa Kaliny takie jak: „Życie aktora często utożsamiane jest z granymi przez niego rolami – BZDURA, choć oczywiście dla aktora oznacza to komplement”. Ja jestem Anną Mierzwą. Jestem aktorką i mam swoje własne, piękne życie.
Apropos jej traumy, to z racji na fakt, że to, jak się z nią uporała, pozostaje do dziś kwestią bardzo niejednoznaczną, co teoretycznie ułatwia (np. poprzez pozostawienie szerszego pola do autorskiej interpretacji), czy utrudnia ukazanie pełni blasku postaci?
– Wątek macierzyństwa jest bardzo intymną częścią spektaklu i w dużej mierze jest naszą – moją i autorki – interpretacją. Kalina sama nie chciała o tym mówić, co tylko pokazuje, że pomimo iż była uważana za osobę ekstrawertyczną, miała w sobie bardzo dużo tajemnicy.
Ten spektakl opowiada historię kobiety z krwi i kości – nie tylko seksbomby i prowokatorki PRL-u, ale także człowieka ze swoimi dramatami, z jakimi zmaga się każdy z nas.
Dopytuję o to, ponieważ zastanawiam się, czy bycie szczęśliwą mamą pomaga, tudzież utrudnia/utrudniało odnalezienie sposobu wyrazu kobiecości w stylu Kaliny Jędrusik?
– Kiedy powstawał spektakl, nie byłam jeszcze mamą, dlatego mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że doświadczenie macierzyństwa pogłębiło moją wrażliwość, ale w żaden sposób nie ograniczyło mojego sposobu wyrażania kobiecości. Nie sprawiło też ani zrezygnowania z korzystania z seksapilu, ani ze stania się pruderyjną. Nie pojawiło się u mnie myślenie w kategoriach „co wypada, a czego nie”.
Macierzyństwo nie stoi w sprzeczności z kobiecością w stylu Kaliny Jędrusik, a przeciwnie – dodało mojej interpretacji kolejny wymiar świadomości i wolności.
Swoją drogą, jaki komplement, a także zarzut usłyszała Pani odkąd występuje w „Kalinie ®”?
– Komplementów było bardzo dużo. Zarzutów szczerze mówiąc nie pamiętam. (uśmiech)

O tym, jak wiarygodnie i w jak poruszający sposób przedstawia ją Pani, przekonają się ci, którzy wybiorą się na sztukę wspominaną w tym wywiadzie. Dlatego też poproszę Panią o coś innego niż zachęcenie ich ku wybraniu się na monodram, o którym mówimy. Mianowicie o odpowiedź na pytanie dlaczego Anna Mierzwa adekwatniej sportretowała postać Kaliny Jędrusik niż np. Maria Dębska?
– Magia teatru polega na spotkaniu „tu i teraz”, na żywo, twarzą w twarz z widzem. To coś absolutnie bezcennego. Nie porównuję się do filmu, bo to zupełnie inne medium i inne historie.
Nie raz mawia się, że znakomite zagranie danej roli skutkuje tym, że publiczność przestaje widzieć aktorkę, a zaczyna dostrzegać w niej daną postać. Tym samym poproszę na zakończenie rozmowy o opowiedzenie, dlaczego i jakimi rolami w 2026 roku o Pani częściej będzie mówiło się w kategoriach „świetnej Anny Mierzwy”, a nie„ genialnej odtwórczyni Kaliny Jędrusik”?
– Nie sądzę. Mam na swoim koncie inne, również ciekawe, doceniane role, które równie długo grałam. A przede mną kolejne projekty.
Po „Kalinie®” wyprodukowałam spektakl „Don’t Give Up”, który jest zupełnie inny. W nim sięgnęłam po niezwykle wymagające utwory wybitnej Kate Bush. Jednak nie jest to bezpośrednia opowieść o samej artystce, lecz raczej o tym, co jej twórczość wywołała w latach 90., kiedy do Polski wkroczyło MTV. Spektakl opowiada o sile fantazji i marzeń, a nie zajmuje się aż tak osobą Kate Bush. Gram go także w Teatrze Rampa i bardzo serdecznie zapraszam.
Mam nadzieję, że w tym roku powstanie kolejny – trzeci projekt, który sobie wymarzyłam. Na razie czekam na informację, czy otrzymam fundusze na jego produkcję.
Rok 2026 zapowiada się pracowicie, pierwsza premiera czyli „Była sobie Polska” już za mną. Obecnie przygotowuję się do kolejnej absolutnie wystrzałowej i kultowej roli, a mianowicie Pippi.
Jak widać moja emploi jest bardzo szerokie i elastyczne i ten zawód ciągle mnie zaskakuje. Nie zatrzymałam się na „Kalinie®”. Od jej premiery stworzyłam kilkanaście o ile nie więcej innych ról.
Jednak to do tych „moich” projektów mam szczególny stosunek. Ponieważ wymagają ode mnie dużo więcej pracy, tj. od pomysłu przez realizacje i granie. A własne artystyczne dziecko zawsze zajmuje wyjątkowe miejsce w sercu.









